Jeszcze w kwestii końcówek

Ja wiem, że to temat zastępczy i należy zajmować się poważnymi sprawami, a nie jakimiś tam głupotami. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że istnieją na świecie rzeczy ważniejsze. Ale skoro już udało się wywołać dość szeroką dyskusję na temat, ogólnie biorąc, feministyczny, a za chwilę dzień kobiet, to naprawdę nie mogłam się powstrzymać, żeby nie dorzucić swoich trzech groszy.

Zaczęło się (przynajmniej ostatnio i nie licząc kwestii końcówek nazw zawodów w Wikipedii) od tego, że pani ministra Mucha poprosiła w telewizji, żeby do niej (i o niej) nie mówić „pani minister”, tylko „ministra” właśnie. Wydawałoby się nic szczególnego, chce, to niech ma, język giętki nie takie rzeczy przetrwał, a pan redaktor powinien mieć teoretycznie dużo ciekawsze rzeczy do omawiania, zwłaszcza, że Euro się zbliża… Ale okazuje się, że ta nieszczęsna „ministra” wywołała istną lawinę. Z czego ja na przykład się cieszę i nawet mam zdanie.

Ale zanim do tego mojego zdania przejdę chciałbym się jeszcze poskarżyć. Jak tu można współcześnie pisać cokolwiek o czymkolwiek, skoro zawsze znajdzie się ktoś, kto to dawno napisał lepiej? W tym wypadku Stefania Grodzieńska w głębokim PRLu.

Od kilku lat czytuję z niepokojem w prasie polskiej:

o „pracowniku naukowym dr Cytowskiej’,

o „działaczu społecznym Wandzie Wasilewskiej”,

o „literacie Irenie Krzywickiej”.

Jeszcze bardziej się zmartwiłam, kiedy dowiedziałam się z dziennika, że „do pokoju wszedł listonosz Maria Matuszewska”.

Zupełnie się rozkleiłam, kiedy pewna instytucja w nekrologu zawiadomiła, że „zmarł nasz drogi kierownik, Helena taka a taka”.

Ponieważ jednocześnie przestaliśmy używać pięknej formy „owa” i „ówna” przy nazwiskach, nierzadkie jest zaskoczenie, jak na przykład w artykule, który się zaczyna: „Wybitny nasz pracownik, magister M. Krygier, ku ogólnemu zadowoleniu mianowany został dyrektorem. Zasłużył w pełni na to stanowisko. Ta drobna, łagodna kobieta…” itd.

Nie jestem na tyle zarozumiała, aby się łudzić, że zmienię istniejący stan rzeczy, więc wybieram mniejsze zło. Jeżeli chcemy uniknąć”pudrującego nos elektrotechnika Karasińskiej”, musimy się zgodzić na „pudrującą nos elektrotechnik Karasińską”, tak jak prosimy do telefonu magister w odróżnieniu od magistra, Zdaję sobie sprawę z doniosłości problemu jako córka profesora i profesor.

Oto więc fragment mojej nowej powieści z życia kobiet pracujących:

— Doktor kazała powtórzyć doktor, żeby doktor wstąpiła do doktor, to doktor powie, czego doktor od doktor potrzebuje — powiedziała instruktor, oddała klucze felczer, zostawiła polecenie dla monter i wyszła ze szpitala.

Instruktor nie było lekko na sercu.

Podejrzewała, że mąż zdradza ją z introligator. Nie mogła przestać o tym myśleć od czasu, kiedy niechcący podsłuchała rozmowę inżynier z mechanik. Miała dosyć powodów, żeby wierzyć w te plotki, gdyż nie byłby to pierwszy wypadek zdrady z jego strony. Kiedy rok temu przyłapała go z kierownik, po prostu oszalała. W porywie rozpaczy uderzyła kierownik, ale potem okazało się, że niesłusznie. Przygoda męża z kierownik była zupełnie bez znaczenia, gdyż poważnie romansował on wówczas z redaktor. A teraz znów będzie przeprawa z introligator…

Tak rozmyślając, instruktor doszła do domu. Na schodach natknęła się na listonosz, która wręczyła jej depeszę. Instruktor dała listonosz pięć złotych i gorączkowo przeczytała.

Depesza podpisana była przez męża:

„Żegnaj stop uciekam z technik dentystyczny”

(Stefania Grodzieńska „Dałam listonosz” [w] Stefania Grodzieńska „Kłania się PRL”, Instytut Wydawniczy Latarnik, Michałów-Grabina 2008, s.73-74)

Nie wiem, co pani Grodzieńska powiedziałaby dziś o formie „ministra”. Nie wiem jaki pogląd miałby w tej dyskusji. Może zaskoczyłaby mnie i sprawiłaby, że zmienię zdanie. Ponownie. Bo już raz zmieniłam.

Jeszcze kilka lat temu otrząsałam się ze zgrozą na myśl, że ktoś mógłby powiedzieć o mnie „psycholożka”, nie mówiąc już nawet o tym, żebym sama siebie tak określiła. Na pierwszych moich wizytówkach widnieje dumnie „psycholog, mediator” („mediatorka” mi tak nie przeszkadzała, ale „psycholog, mediatorka” brzmiało mi idiotycznie). Słowo „psycholożka” wydawało mi się nienaturalne, brzydkie i infantylne. Za nienaturalne i niezbyt ładne uważam je nadal, ale jednak na nowej partii moich wizytówek widnieje dumnie i „psycholożka”, i „mediatorka”.

Co takiego stało się od tamtego czasu, że udało mi się niemal całkowicie zinternalizować psycholożkę i posługuję się tym terminem prawie odruchowo (prawie, bo jednak czasem muszę świadomie dokonać wyboru)?  Najpierw zaczęłam się nad tym problemem świadomie zastanawiać, potem trochę poczytałam (między innymi o tym w jaki sposób język kształtuje świadomość i rzeczywistość), a w międzyczasie wsłuchałam się uważnie w dyskusję i zauważyłam, że dzieje się coś dziwnego.

Od wielu lat stosuję, krytykowaną przez wiele osób, formę „architektka”. Wydawała mi się intuicyjna i naturalna, a że trochę trudna w wymowie, to cóż? Uroki języka. „Chrząszcz” i „powyłamywany” też nie są łatwe, a ich używam. Kiedy dotarłam do głosów krytykujących tę formę bo niewygodna pierwszy raz pomyślałam, że coś jest nie tak.

Później okazało się, że „listonoszka” (używałam od dość dawna) jest nie w porządku, bo to nazwa przedmiotu, a nie zawodu. Ten sam argument wysuwa się zresztą w wielu innych przypadkach, ale zastanowiła mnie „pilotka”. Dlaczego problemem ma być, że „pilotka” to czapka, a nie zawód, a zupełnie nie jest problemem, że „pilot” to takie coś od telewizora, a nie zawód? „Finka” to taki nóż, nie? A „F(f)rancuz” takie narzędzie. i co z tego? Przestaniemy używać tych form?

Inny argument mówi, że to brzmi niepoważnie i infantylnie. Taka „psycholożka”, kto do niej pójdzie na wizytę? i dotarło do mnie, że „lekarki” miały jeszcze niedawno tak samo. Wolały mówić o sobie „lekarz”, bo kto przyjdzie na wizytę do „lekarki”? No, ja mimo wszystko chętniej chodzę do ginekolożki niż do ginekologa, a nawet chętniej do internistki niż do internisty.

Więc zaakceptowałam w końcu tę „psycholożkę”.

Bo, kurczę, chciałabym, żeby za kolejne kilkadziesiąt lat dziewczynki marzyły o zostaniu „strażaczką”, „górniczką”, „himalaistką” lub „pilotką” tak samo naturalnie, jak dziś marzą o karierze „dziennikarki”, „lekarki”, „nauczycielki” czy „policjantki”.

Czego Wam i sobie, z okazji tegorocznego dnia kobiet, życzę.

A kwestia znalezienia odpowiednich form, to temat na zupełnie inny wpis i zdradzę tu tylko, że „ministra” jakoś mi do gustu nie przypadła. Ciekawa rozmowa na ten temat tutaj, u Ewenement.

Reklamy

7 uwag do wpisu “Jeszcze w kwestii końcówek

  1. A ja nie :) Nie lubię kobiecych form i naprawdę nie znoszę, kiedy ktoś mówi o mnie prawniczka, bo dyplom dostała prawnika, a nie prawniczki – a nadto, jeśli się uda, to zostanę doktorem a nie doktorką. Staram się nie używać żeńskich końcowek, ale nikogo na siłę nie zmuszam do tego samego – dlatego, wybacz, ale nigdy nie powiem o Tobie ‚psycholożka’, ale zawsze ‚psycholog’ i nie ‚mediatorka’ a ‚mediator’ – w moich uszach brzmi lepiej :) Dlatego przy okazji ostatniej recenzji własnej w tytule użyłam ‚autronauta’ a nie ‚astronautka’.

  2. Całe szczęście, że człowiek (czy ktoś wymyślił już słowo człowieczka? – „kobieta” spowodowałaby zupełnie inny kontekst) nie musi być konsekwentny w swoich poglądach i odczuciach. Bo:
    1) sama wolę (jak Mari) kiedy w pracy określa się moją funkcję bez akcentowania płci, bo uważam że w ramach obowiązków zawodowych staram się nie mieć płci i nie zwracać uwagi na płeć współpracowników;
    2) podobno kiedy Maria Curie-Skłodowska zaczynała studiować na Sorbonie żeński odpowiednik słowa „student” oznaczał kochankę studenta – czyli można zmienić kontekst.

  3. Grodzieńska pierwsza klasa.
    Ale całość tekstu sprawiła, że kończące go zdanie nieco mnie skonfudowało . Na tle „Instruktor dała listonosz”, informacja „ciekawa rozmowa na ten temat u Ewenement” to niedopatrzenie, czy prowokacja?
    :)

  4. Uniwr, no widzisz, tylko jedna osoba zauważyła, a myślałam, ze ludzie się przyczepią wcześniej… :) Mogłam to sformułować inaczej, ale nie oparłam się nawiązaniu.

    Mari, Matko — Ja tam jakoś tych żeńskich końcówek nie uwielbiam, ale zauważyłam, że strasznie szybko się do nich przyzwyczajam, bo psyholożka już dziś zupełnie mnie nie razi. :)

  5. Fajny tekst i wciąż aktualny :) Też miałam moment takiej zmiany – „filolożka” brzmiała mi źle i nie chciałam być żadną „loszką”. Czułam się redaktor, czułam się filolog. Ale teraz mówię o sobie filolożka, reporterka, dziennikarka, redaktorka. Jeszcze nie zawsze, bo lata nawyku, ale zawsze świadomie i staram się jak najczęściej. Oddałam ostatnio tekst, w którym twardo pisałam „dyrektor”, a potem usiadłam razem z przełożonym i zmieniliśmy w każdym miejscu na „dyrektorka”. I bardzo się ciesze, że się zgodził, że tak brzmi ładniej i naturalniej. I mimo że tekst był długi, poświęcił czas i nanosił poprawki, zamiast uznać „e tam, co za różnica”.

  6. Do „Matki”: Problem w tym, że w języku polskim – w przeciwieństwie np. do angielskiego – NIE MA określeń, które nie mają płci. „Psycholog” to nie jest forma „neutralna”, tylko męska. A nienaturalność stosowania tych form wobec kobiet dobitnie podkreśla fakt, że nie funkcjonują w sposób zgodny z podstawowymi zasadami polszczyzny. Ludzie mówią na przykład: „Jutro idę do swojej psycholog”, co jest gwałtem na języku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s