Pojedynek

Film Borg McEnroe miałam na radarze, kiedy tylko zaczęli go porównywać do Rush (Wyścig), bo znaleźć dobry film sportowy to nie taka łatwa sprawa, jak by się mogło wydawać. Jakoś się nie zebrało aż do wczoraj. Powiem wam, że porównania były słuszne.

Ten film to złoto.

Myślałam, że tylko żartowałam z tym, że wybrałam specjalnie dla męża thriller, bo chciał coś emocjonującego, a tymczasem w finale miałam to wyrzut adrenaliny lepszy niż w niejednym chwalonym thrillerze. Borg McEnroe jest świetnie napisany i wyreżyserowany, bardzo pięknie zagrany, zdjęcia są doskonałe, szczegóły odtworzenia historycznego miejscami zwalają z nóg, a przez pierwsze kilka scen nikt nic nie mówi. Kurde, nawet retrospekcje były tu potrzebne i pięknie wpisane w scenariusz i opowieść, a na ogół ich w kinie nie znoszę.

Nie mam zielonego pojęcia, jak to jest możliwe, że ten film, mając tak doskonałe zdjęcia nie dostał ani jednego naprawdę ładnego plakatu. Ani jednego.

Dla Szwedów tenisista Björn Borg jest skarbem narodowym, porównywalnym pewnie z systemem podatkowym, a znacznie cenniejszym od monarchii. Był sportowcem wzorcowym: grzecznym, uprzejmym, zawsze grającym fair i szanującym swoich przeciwników. Dziennikarze nie byli w stanie wydobyć żadnego nieuprzejmego słowa. Był piękny jak modele z reklam garniturów, w stereotypowo szwedzkim blond-niebieskookim stylu. Praktycznie nie okazywał emocji. Publiczność za nim szalała. Taki, wiecie, wzorzec z Sevres sportowca, co to fair play, bon ton, savoir vivre etc.

Przy tym był też dzieciakiem z biednej rodziny, z niewłasciwej klasy społecznej, z dużymi problemami z zachowaniem w młodszym wieku. A tenis, w przeciwieństwie do hokeja, był wtedy sportem dla ludzi z urodzeniem. Fascynował ludzi dużo dłużej niż grał w tenisa (szybko zrezygnował z profesjonalnej kariery). Na naszym polu i z grubsza współcześnie, porównałabym go do Adama Małysza. A teraz wyobraźcie sobie, że za jakieś 20 lat, ktoś zrobiłby poważny, pełen napięcia film o Małyszu. I on (ten film) byłby dobry.

Bardzo pięknie zagrano tu komentatorami sportowymi.

Gem!

Można spokojnie znać dokładnie całą punktację finałowego meczu od początku do końca, a i tak się człowiek zastanawia kto tym razem wygra. Fakt, że sam ten finał, centralny element filmu, to jest historia, która zdarza się raz na dziesięciolecia. Ale też, z drugiej strony, tenis nie wydaje się być łatwym do opisania ani widowiskowym sportem. Przynajmniej na pierwszy rzut oka (ok, wszystkie osoby kibicujące tenisowi nic teraz nie mówią, bo one wiedzą, że jest bezlitosny), więc podjęcie tego tematu wydawało się dość ryzykowne.

Ale da się również (i bardzo warto!) obejrzeć Borg McEnroe, nie mając zielonego pojęcia o tenisie. Punkt wyjściowy jest taki, że jest rok 1980, Wimbledon, takie ważne zawody tenisowe. Björn Borg wygrywał przez 4 poprzednie lata, a piąte zwycięstwo pod rząd będzie historycznym rekordem. Byłby pewniakiem, ale młody John McEnroe jest tenisowym geniuszem i może go pokonać. Borg jest Szwedem, jest uprzejmy i zawsze grzeczny, publiczność go kocha. McEnroe jest cholerykiem, w trakcie meczu kłóci się z sędziami i wyzywa widzów i przeciwnika, jest niegrzeczny dla dziennikarzy i publiczność (zwłaszcza angielska) go nie znosi. No i dalej możecie sobie wyobrazić.

Naprawdę tam mają ścianę z takim cytatem?

Albo i nie możecie. Film jest świetnie napisany, zaczynamy przebitką na początek finałowego meczu, potem dostajemy historię opowiedzianą chronologicznie od kilku dni przed początkiem turnieju, poprzetykaną retrospekcjami z życia obu zawodników, aż dojdziemy z powrotem do finału i dowiemy się kto wygra. I brzmi to dość standardowo oraz niespecjalnie ciekawie, ale dynamika scenariusza jest genialna, nie ma niepotrzebnych scen, wszystko co zobaczymy wraca później w opowieści, kolejne przebitki na przeszłość odkrywają precyzyjnie tyle, ile autor chciał, żebyśmy się w danej chwili o postaci dowiedzieli. Jest to w sumie bardzo dobry thriller psychologiczny o motywacjach, sposobach radzenia sobie ze stresem, przyjaźni, relacji trener-trenowany, relacji ojciec-syn i mentor-uczeń i o tym jak się ludzie sami oszukują. Spokojnie można go oglądać w nastroju na dobry dramat psychologiczny i nie zawiedzie.

Prawdopodobnie najbardziej zawodzi tych, co by chcieli swojego zwyczajowego filmu o sportowcach. Że gość trenuje, męczy się, startuje od zera, ale w końcu zdobywa zwycięstwo. Albo że chłopak znikąd da sobie radę ze starym mistrzem, bo tak naprawdę okazywanie pasji jest lepsze od nadmiernej kontroli. Żeby dużo biegali i trenowali, żeby się dużo działo i było dużo cięć. Z tego wszystkiego Borg McEnroe dostarcza tylko dużo cięć, więc jest spora szansa, że przy takich oczekiwaniach się nie spodoba.

Jest to tak dziko estetycznie nakręcone, że można oglądać dla samych kadrów.

Set!

Młody Obiecujący

Wśród alternatywnych tytułów filmu są między innymi: Borg vs McEnroe, Borg/McEnroe oraz, na samą Szwecję, Borg. Powiedzmy to od razu: rzecz robili Szwedzi (i Duńczycy, i Finowie), więc jasne że Borg jest najważniejszy. Tym ważniejszy jest Sverrir Gudnason w roli Björna.

I prawda jest (oczywiście) taka, że ni cholery nie kojarzyłam Gudnasona przed tym filmem (teraz wiem, że to ten gość, co zastąpił Daniela Craiga w serii ekranizacji Millenium, ale to nie są filmy, którymi się specjalnie interesowałam). Okazuje się, że aktorsko jest świetny.

Daje radę i scenom, w których Borg jest opanowany, pozornie spokojny (a pokazanie że to rzeczywiście pozory, leży wyłącznie w drobniutkich gestach i wyrazie twarzy) i tym, w których fasada zaczyna pękać (choćby z powodu naruszenia rytuału), jak i tym, w których emocje biorą nad Björnem górę (i aktor ma do dyspozycji całą gamę środków, ale też sporą szansę że przesadzi). Albo że te postaci – opanowana i pełna emocji – filmowo nie zejdą się w jednego bohatera. U Gudnasona schodzą się znakomicie.

Cśśśś, Björn się stresuje.

Najlepszy jest chyba w scenach skupienia, kiedy pokazuje nam ile jego bohater potrafi, kiedy wybiera najlepszą na mecz rakietę. Kiedy skupia się przed serwem. Kiedy daje wywiad, absolutnie opanowany i niemal uprzedzająco grzeczny. Kiedy ogląda w TV mecze McEnroe’a i je analizuje. Skupiony, profesjonalny, spokojny z wierzchu, jest też wyraźnie gejzerem nerwów i emocji wewnątrz, ale aż trudno powiedzieć skąd to, jako widownia, wiemy.

Plus, powiedzmy to sobie szczerze, jest piękny jak młody szwedzki bóg, prawie tak jak Björn Borg (serio, prawdziwy Borg był jakoś nieludzko przystojny). Co, niewątpliwie, nie utrudnia oglądania go.

A ponieważ nie oglądam za dużo szwedzkich filmów ani nawet seriali, to wcale bym się nie obraziła, gdyby więcej go było choćby w kinie brytyjskim.

Te dziergane przepaski na czoło! Mam teraz straszną ochotę taką sobie zrobić. W paseczki.

Pewniak

W roli trenera Björna Borga, Lennarta Bergelina, dostajemy znanego (ostatnio na przykład z Chernobyla) i lubianego Stellana Skarsgårda. Który, zgodnie z przewidywaniami gra doskonale (serio, oglądajcie Skarsgårda, zwłaszcza w filmach i serialach, w których ma co zagrać). Postać Bergelina, jako jedyna grana jest przez tego samego aktora we wszystkich warstwach czasowych, w których się pojawia. Czyli od dzieciństwa Björna, kiedy zaczął go trenować, aż do samego finału Wimbledonu ’80. Skarsgård daje nam poczucie spójności, doskonale nosi charakteryzację (gra swoją postać na przestrzeni niemal 20 lat) i bardzo pięknie wprowadza subtelne zmiany w odgrywaniu, w zależności od wieku Lennarta.

Stellan Skarsgård jest świetnym aktorem i trzeba go oglądać.

Relacja między Bergelinem a Borgiem jest jedną z najistotniejszych w całym filmie i wcale nie jest tak jednoznaczna, jak to się może na początku wydawać. Tworzy ona opowieść nie tylko o mistrzu i uczniu, ale o przyjaźni, odpowiedzialności, zaufaniu, wspólnym stawianiu czoła problemom i dojrzewaniu. Jeśli chcecie pięknie przedstawioną miłość, ale nie w kontekście rodzinnym, romantycznym ani seksualnym, to dostaniecie ją tutaj z całym dobrodziejstwem inwentarza, ale i ze szwedzkim dystansem.

Niespodzianka

No dobra, przyznam się. Nie wiedziałam, że Shia LaBeuf potrafi grać. Wiem, wiem, powinnam była wiedzieć bo Fury, ale jakoś nie wiedziałam. To była bardzo miła niespodzianka.

John jest skupiony i będzie serwował.

McEnroe LaBeufa jest dziko wiarygodny. Frustrujący, irytujący, nie dający się polubić, wystawiający w każdą stronę kolce i wspaniale prawdziwy. Ten bohater jest może najciekawiej przedstawionym w całym filmie, zaczynając z pozycji młodszego utalentowanego rywala, płynnie przechodzi w profesjonalistę, znającego się na swoim polu zawodowym, obserwującego z uwagą i wyciągającego wnioski, kiedy staje się poważnym rywalem, którego należy szanować. Ale potem zmiany płyną nadal: zaszłości rodzinne (trenuje go ojciec), próby kontroli temperamentu, zaskakująco głęboka świadomość własnej psychiki, aż wreszcie sam finał Wimbledonu.

Shia LaBeuf dał radę tak ustawić postać, że nawet znając tę opowieść, będziecie się zastanawiać jak zareaguje teraz, kiedy wybuchnie, kiedy straci kontrolę, czy da radę utrzymać koncentrację. Oczywiście, mnóstwo daje tu scenariusz, zbudowany w dużej mierze na porównywaniu obu zawodników i znajdowaniu kolejnych analogii i różnic. LaBeuf odnalazł się w nim wyśmienicie.

Oraz, niewątpliwie, potrafi facet kląć.

O, teraz John już nie jest skupiony. Teraz wyzywa sędziego.

I inni

Doskonali byli też młodzi aktorzy grający grający naszych bohaterów w retrospekcjach. Szczególne wrażenie zrobił na mnie Leo Borg (prywatnie syn Björna) w roli Björna Borga w wieku 8-13 lat. Miał w sobie taki totalnie bergmanowski vibe, a nagrywał to mając 12-13 lat. Mam nadzieję, że jak się już obrobi z tenisem, to wróci do grania, bo może być naprawdę świetny.

Nastoletnich tenisistów grali odpowiednio Marcus Mossberg (Borg) i Jackson Gann (McEnroe) i obaj byli bardzo dobrzy. Plus reżyser ładnie zadbał o to, żeby starsi aktorzy kopiowali część gestów i manier aktorów młodszych (nie wiem, w sumie mogło być na odwrót, ale tego), dzięki czemu znów mamy płynność pomiędzy planami czasowymi.

Jestem młodszym Borgiem, synem starszego Borga i gram starszego Borga jak był młodszy, czy wszystko jasne?

Postaci kobiece… Postaci kobiece, jak często w filmach o męskim sporcie są zupełnie szczątkowe. Bardzo dobrze napisana i mająca znaczącą rolę w fabule ówczesna narzeczona Björna, Mariana Simionescu (grana przez Tuvę Novotny) jest tu chlubnym wyjątkiem, bo napisana została zaskakująco wielowymiarowo, jak na filmy sportowe i dziewczyny bohaterów. Ale poza nią, postaci kobiece przewijają się na trzecim czy czwartym planie i chociaż są często ważne dla opowieści, to jednak epizodyczne.

Nie narzekam zresztą, scenariusz słusznie koncentruje się na bardzo konkretnej sytuacji, a retrospekcje które dostajemy, też zawsze są pokazewane z perspektywy Borga lub McEnroe’a. No i niewątpliwie ich kontakty z kobietami i dziewczynami zostały nam pokazane.

Björn, stary, co ty znowu odwalasz?

Na stotrzydziestymósmym planie zaznaczę jeszcze obecność w obsadzie Davida Bambera, w bardzo interesującej roli brytyjskiego komentatora Wembley (George’a Barnesa). To jego komentarz robi znaczącą większość tła dźwiękowego dla finału, przy czym przebitki na samego bohatera są krótkie, rzadkie i – w zasadzie – mało istotne. Na ekranie dostajemy mecz. I teraz graj tu człowieku niemal wyłącznie głosem, w najbardziej emocjonujących scenach opowieści, w której twój bohater jest tylko gościnnie. Bamber, jak to Bamber, poradził sobie znakomicie.

Boiska tenisowe od góry. Nigdy nie myślałam, ze będę się tak zachwycać boiskami tenisowymi od góry.

Mecz!

Od samego początku dostajemy dokładnie to, czego oczekujemy po kinie europejskim (albo spaghetti westernie). Borg McEnroe zaczyna się od kilku przebitek na finałowy mecz Wimbledonu ’80, którym towarzyszą plansze wprowadzające do historii, oraz kilku dłuuuugich niemych scen. A jak ktoś już coś powie, to nie tylko w języku obcym dla mnie, ale też i dla głównego bohatera.

W ogóle, języki! Bo niby Borg McEnroe jest po angielsku, ale wreszcie mam film, w którym słychać pół Europy (od razu też wiadomo, że nie był przeznaczony na rynek amerykański). Nie że ktoś na drugim planie rzuci „merde!”, tylko naprawdę ludzie w większości posługują się językiem ojczystym, albo rozmawiają w języku kraju, w którym są. Mamy na pokładzie francuski, dużo szwedzkiego, hiszpański i niemiecki. I znów: to nie tak, że mamy wyznaczone postaci, które powiedzą parę zdań po swojemu. Nie, Borg odpowiada na pytania dziennikarzy przetłumaczone przez tłumacza, chyba że zna język, wtedy się nim posługuje. Szwedom zdarza się rozmawiać po szwedzku! A przy tym rzeczywiście większość ważnych dialogów jest po angielsku i nie ma wielkiego problemu ze śledzeniem fabuły nie uważając na napisy jakoś bardzo mocno.

Śmiejcie się, śmiejcie, ale wreszcie nie muszę wracać do starych filmów o II wojnie światowej, żeby usłyszeć więcej niż angielski (patrz: „Sznurrrrr!”).

Björn jest zestresowany, więc bierze kąpiel. A ja się zastanawiam jakim cudem nie natykam się na kadry z tego filmu na tumblrze…

Scenariusz jest świetny. Ronnie Sandahl, scenarzysta, zrobił przed Borg McEnroe ledwie jeden film pełnometrażowy (w tym roku kolejny). Skąd oni takich biorą?

Jak pisałam, nie lubię retrospekcji, tutaj byłam kupiona przy drugiej, jeśli nie przy pierwszej. Wiecie, zazwyczaj sprawiają, że fabuła wytraca tempo i gubi napięcie, a w najlepszym razie bywają próbą strasznie prostackiego wyjaśnienia dlaczego w podstawowym planie czasowym dzieje się to, co się dzieje. Borg McEnroe unika i jednego, i drugiego. Retrospekcje są absolutnie równorzędną formą tworzenia opowieści, dobudowują jej fundamenty, dają wytłumaczenia i podstawę pod kolejne sceny i reakcje bohaterów. I chyba tylko z raz czy dwa miałam wrażenie, że trochę zbyt natrętnie próbują mi pokazać o co chodziło. A potem i tak się okazywało, że robiły to po to, żeby stworzyć pole do kolejnej zmiany perspektywy.

Cały zamysł opiera się tu właśnie o zmienianie perspektywy widza. Nie mamy żadnych klasycznych zwrotów akcji i sytuacji rodem z filmów sportowych, właściwie sama opowieść jest prosta i przewidywalna (skierowana na dodatek do widzów, którzy wynik tego konkretnego meczu doskonale znają). Dostaliśmy, w gruncie rzeczy dość typową, opowieść o bajkowej karierze sportowej chłopca znikąd, a potem o drugim chłopcu, który zaczął od bycia jego fanem, a stał się konkurentem. Dlatego emocje i napięcie trzeba było stworzyć gdzie indziej i dostajemy je z rozumienia bohaterów.

Ważny kadr. Bardzo ważny, może kluczowy. Przyznaję, że byłam mocno zła na jednego z bohaterów w tej scenie.

Scenarzysta odkrywa warstwę po warstwie, buduje sceny na kontraście i podobieństwie, Borg i McEnroe odbijają się w sobie wzajemnie. Najpierw widzimy postaci jako przeciwieństwa. Zaczynamy dostrzegać co bohaterowie mają wspólnego, choć oczywiście na początku wydawałoby się że nic. I kiedy już dojdziemy do konkluzji, że w gruncie rzeczy są bardzo podobni, dostajemy sceny, które sprawiają, że znów wyłapujemy kolejną warstwę różnic.

Jednocześnie scenariusz unika gloryfikowania Borga czy demonizowania McEnroe’a. Jest w tej obiektywności tak irytująco fair play, jaki musiał być Björn dla swoich przeciwników. Skupia się na zbudowaniu zrozumienia widza dla obu ich i, nieodzownie, rozdarciu serca, kiedy musimy się zdecydować, któremu kibicujemy w finale.

Tie-break. Termin który będzie istotny, ale nam go wytłumaczą.

Fabuła zbudowana jest (scenariuszowo i realizacyjnie) na powtórzeniach i wariacjach scen lub ujęć. Borg i Bergelin będą wielokrotnie pokazywani jak idą korytarzem ramię w ramię (za każdym razem obrazując tym inną emocję czy sytuację) albo jak jadą razem samochodem. Jeśli dostaniemy scenę z Björnem pod prysznicem, to prędzej czy później dostaniemy też Johna pod prysznicem. Jeśli mamy Johna rozmawiającego o ważnych sprawach w szatni, to poczekajmy chwilę, a dostaniemy w szatni Borga, a jakże, rozmawiającego o ważnych sprawach. Jeśli jeden ogląda drugiego w telewizji, drugi będzie oglądał pierwszego. Podobieństwa i różnice w tych scenach tworzą nam postaci czasem lepiej niż same dialogi. Konstrukcja jest bardzo precyzyjna i zauważenie powiązań daje dodatkową radość z oglądania.

Podobnie z samymi ujęciami, które (poza tym że są piękne), również służą opowiadaniu bohaterów. Klasyczne piękne symetryczne kadry z postacią w środku. Takie same z dwoma postaciami (wiem, wiem czyją estetyką jest symetria, ale bądźcie cicho, dla mnie jest ogromnie satysfakcjonująca). Albo odwrotnie: niesymetryczne rozmieszczenie postaci w kadrze, postać zawsze po którejś stronie, postać zawsze patrząca w którąś stronę (jest zadziwiająco konsekwentne i jego łamanie naprawdę coś oznacza). Powtarzające się w nieskończoność ujęcia na serwującego. Kolorystyka. Nawet przepiękne ujęcia meczów z góry nie powstały dla samej estetyki.

Przy czym, oczywiście, nie trzeba śledzić tych wszystkich technicznych pierdół, można dać się nieść samej opowieści, ale jeśli mamy ochotę sobie pośledzić, to nie będziemy zawiedzione.

Jedyne do czego mam poważniejsze uwagi od strony realizacyjnej, to montaż. Nawet jestem w stanie zrozumieć dlaczego mamy aż tak szybkie i ostre cięcia, ale nadal nie dają mi tu przyjrzeć się dokładnie co aktor gra. Co może oznaczać, że dla przeciętnego widza przynajmniej nie będzie nudno, więc może i dobrze. Zresztą montaż też jest elementem opowieści i dłuższe delikatniejsze ujęcia też mają swoje miejsce i robią swoją robotę.

Reżyserem filmu jest Janus Metz, Duńczyk, który wcześniej miał na koncie odcinek True Detective, później kilka odcinków ZeroZeroZero i to w sumie nieźle mówi o jego umiejętnościach. Ale na bogów, to był jego debiut pełnometrażowy! Kolejny projekt Metza, All the Old Knives, trafił od razu na moją watchlistę i mam nadzieję, że po nim też poreżyseruje międzynarodowo.

Dodatkowe kudosy dla działu castingu, jak również dla charakteryzacji, fryzur i kostiumów. Nie dość że aktorzy są dobrani do ról doskonale, to w charakteryzacji stają się czasem nieodróżnialni od bohaterów, których grają. Do teraz nie umiem powiedzieć, czy w pokoju małego McEnroe’a wisi zdjęcie prawdziwego Björna Borga, czy Sverrira Gudnasona w roli Borga. Jeśli poszukacie sobie w Internecie porównań, dostaniecie kadry niemal identyczne jak znane zdjęcia z epoki, takie same ubrania i twarze (oraz sylwetki) niesamowicie podobne do oryginalnych. Jest to dobro i piękno.

Młody John i zdjęcie idola na ścianie.

Rating: 9 out of 10.

Daję Borg Mc/Enroe dziewięć gwiazdek, z pełną świadomością, że na część tej oceny wpłynęło zaskoczenie i odpowiedni nastrój do jego oglądania. Ale tak czy tak, dla mnie to jest film nawet lepszy niż Rush, który uważam za naprawdę świetny kawałek kina.


Weźcie pod uwagę, że to nie jest „typowy” film o sporcie i sportowcach oraz to że moje zachwyty zachwyty nad budowaniem napięcia mogą być nieco przesadzone, do jestem osobą, która nie może znieść za dużo napięcia w filmach czy serialach. Ele tak czy inaczej spróbujcie Borg McEnroe, zwłaszcza że póki co jest na Netfliksie. To nawet nie perełka, to brylancik.

Borg McEnroe (również „Borg/McEnroe”, „Borg vs McEnroe” oraz, w Szwecji, „Borg”)
Szwecja, 2017
film obejrzymy w Polsce na Netfliksie
1h 47′
IMDb: https://www.imdb.com/title/tt5727282
Test Bechdel: równe 0/3 (za to postać kobieca bardzo dobrze poprowadzona)


TW ! CW

Trigger Warning/Ostrzeżenia: właściwie brak

Content Warning/Zawiera: w chuj wulgaryzmów, alkohol i papierosy, nagie biusty i goły facet pod prysznicem (yup, dobrze zgadłyście, w USA ten film ma rating R), naprawdę bardzo dużo napięcia emocjonalnego, toksyczne relacje między rodzicami a dziećmi, niezdrowe techniki radzenia sobie ze stresem


PS. A teraz jeszcze powinnyście wyobrazić sobie, jak za każdym razem, kiedy mam napisać coś w stylu „prawdziwy Borg” albo „Borg jest opanowany”, poświęcam co najmniej minutę na stłumienie głupiego chichotu i wyrzucenie z mózgu Star Treka.

Prawdziwy Borg.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s