Syn Coula i jego ludzie

Są trzy rodzaje filmów, które oglądam z miłości do swojego Męża.

Sensacyjne i sensacyjno-kryminalne (bo czysto kryminalne oglądam w zasadzie z nieprzymuszonej woli) to typ pierwszy. Mieszczą się w nim wszystkie Bondy, Brudne Harre i większość thrillerów.  Drugi to filmy wojenne (o dowolnej wojnie). Ogólna zasada jaką odkryłam głosi, że te filmy podobają mi się tym bardziej, im starsze są i im więcej w nich Clinta Eastwooda. Trzeci typ to ekranizacje komiksów. Z własnej woli bym po nie nie sięgnęła na pewno, a odkryta przeze mnie zasada ich dotycząca do niedawna głosiła, że podobają mi się te, w których Helen Mirren strzela z broni automatycznej.

Dowodem na moją ogromną miłość do Męża może być to, że mimo dotychczasowych doświadczeń obejrzałam z nim całą serię przedAvengerowych filmów, żeby móc spokojnie obejrzeć Avengersów. Co oznacza w sumie sześć filmów, po których nie spodziewałam się nic dobrego, poza może okazjonalnym humorem. Zostałam miło zaskoczona i jeden z nich mi się spodobał.  W ogóle, na szczęście, miałam nastrój na głupią rozrywkę, więc moje wrażenia są raczej pozytywne. I chociaż zupełnie nie pretenduję do tytułu znawcy tematu, to kilkoma uwagami na marginesie chętnie się podzielę. Skoro już przetrzymałam filmy, to mogę mieć trochę przyjemności z pisania o nich.

Uwaga. Bardzo prawdopodobne spoilery

1. Self-made Man

Ponad dwa (Iron Man, Iron Man 2 i 1/3 Avengers) z sześciu filmów skupiają się na Iron Manie, więc warto chyba od niego zacząć. Zawsze podobała mi się koncepcja superbohatera, który jest zwykłym człowiekiem ze świetnymi gadżetami (patrz: Batman), ale w Iron Manie najpiękniejsze jest to, że wszystkie swoje zabawki zrobił własnoręcznie. Na pierwszym Iron Manie bawiłam się świetnie przez pierwszą połowę filmu (a może nawet troszkę dłużej), w trakcie której Tony Stark tworzył zbroję Iron Mana — najpierw w warunkach ekstremalnych, potem w swojej przytulnej rezydencji milionera. Cała reszta to już radosna nawalanka i radosna buceria bohatera, który od Batmana w cywilu różni się w zasadzie tylko tym, że nie zachowuje incognito i traktuje wszystko (włącznie ze sobą) totalnie niepoważnie. Stąd oba Iron Many mają największy ładunek głupich tekstów, ironii i sarkazmu. Co, oczywiście, liczy się na plus i podniosło moją ocenę obu filmów bardzo zdrowo.

Generalnie we wszystkich filmach o Iron Manie, świetne są sceny, które przypominają o tym, że jest genialnym technikiem: kiedy musi coś zmontować, ulepszyć, poskładać. Robert Downey Jr. zagrał go zresztą tak, że w czasie pracy Stark jest zupełnie innym człowiekiem niż zazwyczaj. A propos Roberta Downey’a: podobno z charakteru jest do Starka bardzo podobny. Nie wiem, nie interesuje mnie to, zagrał go w każdym razie ślicznie. Chociaż ja, jak zwykle słabość miałam do „tych złych”, zwłaszcza Jeffa Bridgesa i Farana Tahira (odpowiednio Obadiah i Raza w jedynce), ale w sumie Mickey Rourke w dwójce też był spoko. A najlepiej z obu Iron Manów i tak zapamiętałam Paula Bettany’ego, który na ekranie w ogóle się nie pojawia, bo gra Jarvisa — zautomatyzowany dom Starka (znaczy w zasadzie gra głos komputera domowego, ale „dom” brzmi lepiej).

To chyba będzie zarzut, który powtórzy się niemal wszędzie, ale w zasadzie główną wadą tych filmów jest scenariusz. O ile jedynka z grubsza trzymała napięcie aż do końca (z pewnymi problemami, niestety), to już dwójka rozłaziła się totalnie. Powiedziałabym, że to dlatego, że pracowało nad filmem zbyt wielu scenarzystów, ale nie powiem, bo lepszą jedynkę napisało czterech ludzi, a słabszą dwójkę — jeden. Może to po prostu nie był właściwy człowiek?

2. Młody bóg

Thor dla odmiany w ogóle nie jest superbohaterem. Jako nordycki bóg nie musiał otrzymywać swoich mocy, urodził się z nimi. Oczywiście, kiedy wygnany przez tatusia trafi na Ziemię będzie je musiał odzyskać, co daje nam (przynajmniej w teorii) piękną opowieść o tym, jak młody książę musi dorosnąć do odpowiedzialności rządzenia królestwem. W czym, oczywiście, pomoże mu miłość.

W  praktyce przyjemnie oglądało mi się fantaziakowy początek, sceny w Walhalli i u Lodowych Gigantów. Na Ziemi było jakoś gorzej. Może chłopak nie czuł się swobodnie, a może po prostu podstawową zaletą tego filmu były dla mnie efektowne widoczki, Anthony Hopkins (Odyn) i Idris Elba (Heimdall), a wszystkiego tego na Ziemi zabrakło… Idris Elba był zresztą naprawdę świetny i po tej drobniutkiej rólce uwierzyłam, że na nim trzyma się cały Luther, ale to już dygresja. W zasadzie naprawdę trudno mi powiedzieć co było z Thorem nie tak. Od kiedy go oglądałam zatarły się szczegóły i pozostało tylko wrażenie nudnego romansidła sabotującego od środka niezły film przygodowy. Czyli znowu narzekam na scenariusz, niestety.

Samego Thora za to kupiłam. To cholernie trudny do uratowania bohater i obawiałam się, że będzie totalnie niestrawny, ale z miłym zaskoczeniem zauważyłam, że całkiem go polubiłam. Chris Hemsworth zrobił w tej roli co mógł i udało mu się dać Thorowi coś ponad prostolinijność i brawurę. A w Avengersach Thor jest troszkę bardziej dorosły i wychodzi mu to zdecydowanie na dobre. Za to Loki… wiem, ze narażę się rzeszom fanek Hiddlestona (który zagrał naprawdę dobrze), ale Loki był po prostu trochę gorzej rozpisany. W Thorze jeszcze można mu było wybaczyć grubość nici, jakimi szyte były jego kłamstwa, bo cały film w konwencji odwoływał się do mitologii i wszystko było raczej symboliczne, ale już w Avengersach prostackie przekręty zgrzytały. No i ta czapka… ja się naprawdę rzadko czepiam kostiumów, ale hełm Lokiego był naprawdę jednym z najgłupszych nakryć głowy, jakie widziałam. Jeszcze o ile do Walhalli pasował (bogowie w Thorze mają podobny gust jak bogowie Świata Dysku i naprawdę prawie czekałam na dzwonek do drzwi z melodyjką), to wzbudzenie postrachu na Ziemi w tym czymś na głowie jest zadaniem ponad siły każdego aktora.

3. Mutant

Problem z Hulkiem polega na tym, że grali go do tej pory trzej aktorzy (raczej do siebie niepodobni) i w związku z tym naprawdę trudno przywiązać się do postaci. Przyznają, że Hulka nie widziałam (chociaż wiem o co chodziło), za to Incredible Hulk był zdecydowanie najgorszym z wszystkich przeze mnie obejrzanych. Znowu w paradę weszło tnie romansidło, z tym ze tutaj przeszkadzało nie tyle fajnemu filmowi przygodowemu, ile tępej rozwałce. O ile początek filmu był naprawdę dobry (chyba się powtarzam…), to od chwili kiedy rozpoczęła się akcja było już w zasadzie coraz gorzej. Co jest skrajnie irytujące, bo ten bohater ma niesamowity potencjał. Żal zwłaszcza świetnego Tima Rotha, który błyszczał od samego początku, ale przecież Edward Norton i William Hurt też byli dobrzy.

Co więcej Bruce Banner, czyli Hulk jest jednym z ciekawszych superbohaterów, jakich znam. Genialny naukowiec, który w wyniku nieudanego eksperymentu zmienia się w nie-do-końca-bezmyślną bestię kiedy jego puls zanadto przyspieszy. I do tego cierpi z tego powodu. Brzmi jak potencjalny idol dzisiejszych młodych-emo-cierpiących-gniewnych, prawda? Świetnie motyw Hulka pociągnięto w Avengersach, w których (przynajmniej na początku) potrzebny jest naukowiec — Bruce Banner, a nie wojownik — Hulk. Sceny, w których Banner i Stark wspólnie pracują są jednymi z lepszych w filmie.

A tak na marginesie, dlaczego Stark nie stworzył Bannerowi urządzenia, które kontrolowałoby jego tętno? W porównaniu z zabawkami, jakie zrobił, to powinna być łatwizna…

4. Bohater wojenny

Captain America, film, który według wszelkich znaków na niebie i ziemi nie powinien mi się podobać, jest naprawdę fajny. Niesamowicie konsekwentny w graniu konwencją starych filmów wojennych, spójny wewnętrznie w obrębie tej konwencji, momentami zabawny i ogromnie przyjemny w oglądaniu. Druga ekranizacja komiksu, o której z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że mi się podobała. Trzeba będzie chyba zmienić teorię z Helen Mirren, albo po prostu potraktować ten film, jako wojenny, bo takim stara się być.

Co mi się podobało? Stylizacja na lata czterdzieste, troszeczkę skrzywione w stronę steampunka i retro-SF (skojarzenia z Falloutem jak najbardziej na miejscu) . Fryzury, stroje, ale i sposób filmowania, konkretne sceny i kadry — i wszystko do wszystkiego pasowało. Pierwszy w całej serii wątek romantyczny, który nie rozwala fabuły, ani nie spowalnia akcji, ale doskonale pasuje do całości.

Sam bohater też ciekawy. Znowu intelektualista (same nerdy w tych Avengersach), tym razem chcący służyć swojemu krajowi, czyli iść na wojnę. Oczywiście znowu eksperyment, ale tym razem udany, zmienia naszego młodego człowieka w nadczłowieka (co ma swój przewrotny urok w tej konkretnej wojnie). A dalej, tak jak chce konwencja: Kapitan Ameryka pomaga krajowi przez promowanie kupna bonów wojennych, jego kumpel ginie na terytorium wroga, porwany przez złowrogą organizację, Kapitan Ameryka ratuje kumpla, formuje drużynę i ratuje świat (a przynajmniej kraj) przed wyżej wymienioną. A w tak zwanym międzyczasie wszystkie niezbędne składniki staroświeckiego filmu wojennego: zdrajca sabotujący nasz projekt, górskie pejzaże, bieganie po dachu pędzącego pociągu, niedostępna forteca, pościgi i pogonie, wybuchy i strzelaniny. I w tym wszystkim to nadal jest film o grupie, a nie o jednostce. Jak żaden spośród superbohaterów, Kapitan Ameryka potrzebuje pomocy zwykłych ludzi i używa jej dobrze. Super jest to, że zwykli żołnierze w tym filmie dużo mogą. Potrafią zabić przeciwników, potrafią myśleć i dostosowują się do sytuacji, potrafią pomóc w potrzebie superbohaterowi (zaraz potem, w Avengersach, wojsko nie może dokładnie nic).

A do tego wszystkiego plejada świetnych aktorów. Naprawdę dobry jako Wielki Zły (Red Skull), Hugo Weaving. Moi ulubieni Stanley Tucci i Toby Jones, jako dwóch naukowców po dwóch stronach barykady (dr Abraham Erskine i dr Arnim Zola). Stylowo wymęczony Tommy Lee Jones jako pułkownik Phillips, dowódca naszego bohatera. Do tego cudowny epizod, w którym zdradzieckiego zamachowca gra pan Thornton z North and South, czyli Richard Armitage. No i naprawdę przyzwoity Chris Evans w roli głównej.

A wszystko to spod ręki dwóch totalnie mi do tej pory nieznanych scenarzystów (Christopher Markus i Stephen McFeely), którzy do tej pory napisali głównie Narnię i reżysera (Joe Johnston), którego głównymi osiągnięciami były dotąd Jumanji i Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki… To właśnie takie niespodzianki jakie lubię. Captaina Americę polecam zdecydowanie wszystkim tym, którzy chcieliby zobaczyć, jak należy kręcić film o supermenie w stylu Tylko dla orłów.

W Avengersach Kapitan Ameryka też się sprawdził. Sceny współpracy z Iron Manem (chociaż zdecydowanie za długie) były świetne, tak samo te z Thorem i te z Agentem Coulsonem.

5. Strzelec i Panna

Do powyższej czwórki doszli w Avengersach (i gościnnie we wcześniejszych filmach) jeszcze Black Widow i Hawkeye. Jako superbohaterowie są zupełnie do bani, bo żadne z nich nie ma nadnaturalnych mocy, które otrzymali od jakiegoś dobrego bóstwa/szalonego naukowca/w wyniku eksperymentu. Do wszystkiego musieli dojść sami, a że nie mieli talentu (i fortuny) Tony’ego Starka, opanowali do perfekcji odpowiednio efektowne sztuki walki i strzelanie z łuku.

Na plus filmowi liczę to, że są w zasadzie równoprawnymi bohaterami, równie jak pozostali potrzebnymi w drużynie. Na minus, to że ich wspólne szalenie poruszające i rozczulające zaszłości straszliwie zamulają i tak już za długi film. Ja nawet rozumiem, że każdy musiał dostać swoją scenę, ale tutaj scenarzysta znowu się nie popisał.

Czarna Wdowa jest na etacie obowiązkowej w filmie dla chłopców Kobiety z Dekoltem i jako taka sprawdza się wyśmienicie. Nie umiem powiedzieć o niej dużo więcej ponad to, że z założenia i dobrej woli scenarzysty ma mieć również talent do podstępnych przesłuchań. W rezultacie jest z grubsza podobnie podstępna co Loki (czyli nie bardzo), ale to wystarcza, bo w końcu to z Lokim walczy.  Hawkeye natomiast zostawił mi po sobie jeszcze mniej faktów, a w zamian za nie mam ogólne dobre wrażenie. Ładnie sprawdził się jako tymczasowy przeciwnik (przy tej okazji nie mogę nie wspomnieć o Stellanie Skarsgårdzie, który był w tej roli równie dobry, a wcześniej pięknie zagrał w Thorze), był ładnie zagrany i tylko wisi mi nad nim wspomnienie emo-scen z Czarną Wdową.

6. Szef

Wszyscy powyżsi (z oczywistym wyłączeniem wspomnianego mimochodem Lokiego) z okazji ratowania świata zapraszani są do wspólnej zabawy pt. Avengers przez Nicka Fury’ego, szefa Shield. Nick Fury (świetnie zagrany przez Samuela L. Jacksona) sprawia ogólne wrażenie, jakby sam był w stanie doskonale wygrać tę wojnę, ale tym razem da szansę dzieciakom. Drugie wrażenie jest takie, że Nick przeczytał Diunę i duże wrażenie zrobiła na nim koncepcja finty w fincie w  fincie i próbuje ją wprowadzić w życie, ale niezbyt mu to wychodzi. Manipulacje i spiski Nicka Fury są z grubsza na poziomie podstępów Lokiego i ogólnie rzecz biorąc, przy oglądaniu Avengersów miałam dość często wrażenie, że cała ta szopka z Lokim wynikła z tego, że Nickowi nie powiódł się jakiś tajny plan.

Czyli, jak łatwo się domyślić, znowu narzekam na scenarzystów.

W tym wypadku na Johna Wheldona, który całość spisał i wyreżyserował. Wheldon ma co prawda na koncie Buffy, Firefly’aDr. Horrible’s Sing-Along Blog, ale Avengersi mu niezbyt wyszli. Zdaję sobie sprawę, że stworzenie filmu o co najmniej sześciu równoprawnych postaciach nie jest łatwe. Fragmenty (na przykład wszystkie te, w których pojawiała się współpraca kilku postaci) były naprawdę dobre, walki efektowne (i zdecydowanie za długie), pomysł niezły.

Problem w tym, że nie miałam wrażenia ciągłości: Thor z początku Avengersów to zupełnie inna postać niż Thor z końca Thora. Tamten cierpiał, bo miał nigdy nie wrócić do swojej ukochanej, ten wraca na Ziemię (bez specjalnego kłopotu) i zajmuje się ważniejszymi sprawami, niż jakieś tam panienki. Tak samo cała reszta ekipy — w zasadzie to budowanie od podstaw większości bohaterów w poprzednich filmach było do niczego niepotrzebne. Ale ważniejszy od tych drobnych niedoróbek jest fakt, że film jest po prostu nudny. Sceny, które teoretycznie powinny trzymać w napięciu zostały poszatkowane, żebyśmy po drodze zdążyli odwiedzić innych bohaterów, a do tego są piekielnie długie, co zabija wszelkie napięcie. Jako widz wolałabym, żeby filmowcy uznali moją inteligencję za chociaż średnią i niektóre rzeczy po prostu zasygnalizowali, zamiast pokazywać dokładnie wszystko (to zresztą uwaga do praktycznie całej serii). Naprawdę w którymś momencie czekałam na planszę „Meanwhile on Vulcan”…

7. Ich ochroniarz

Była też jasna strona Avengersów (i wszystkich poprzednich filmów, w których się pojawił) — tytułowy bohater tej notki, syn Coula, czyli (jak sama nazwa wskazuje) agent Phil Coulson. Nie przez przypadek umieszczony w tytule mój ulubiony (jak dotąd) bohater całego uniwersum. Nie jest superbohaterem, ani nawet człowiekiem, który go udaje. Jest zwykłym agentem SHIELD, pracuje ciężko z całą zgrają popaprańców i zaklinam rzeczywistość, żeby ktoś nakręcił o nim spin-offa.

Agent Coulson (brawa dla Clarka Gregga) w swojej specyficznej i uzbrojonej po zęby normalności jest świetną przeciwwagą, dla wszystkich egocentrycznych superbohaterów i złych szaleńców pragnących zdobyć władzę nad światem. Jest też chyba jedynym w tej ekipie profesjonalistą, twardo stojącym na ziemi i robiącym to, co do niego należy człowiekiem, uwadniającym, że seria z broni palnej nawet w tym świecie jest niegłupim rozwiązaniem. Trudno się dziwić, że postać ta budzi we mnie dużo więcej ciepłych uczuć niż wszystkie pozostałe razem wzięte. Tutaj chwilka uznania dla scenarzystów za to, że z każdym kolejnym filmem, w którym się pojawił, agent Coulson był postacią coraz ciekawszą. Pomysł, żeby okazał się fanem Kapitana Ameryki był tyleż prosty, co genialny.

Moje spotkanie z Avengerami uważam za udane. Było dużo lepiej, niż się obawiałam, jeden z filmów mi się spodobał, w pozostałych bywały sympatyczne momenty i pomysły (no i Phil Coulson), ale wracać do nich nie zamierzam. Nie będę też ich nikomu polecała, bo kto lubi ekranizacje komiksów, ten mojego polecenia nie potrzebuje, a kto nie lubi i tak nie obejrzy.

Na pewno widziałam gorsze filmy, jest też wiele gorszych sposobów spędzania wolnego czasu. Niech to wystarczy za moją opinię.

Moje oceny:

Iron Man (reż. Jon Favreau) 5/10
Iron Man 2 (reż. Jon Favreau) 4/10
Thor (reż. Kenneth Branagh) 4,5/10
Captain America (reż. Joe Johnston) 6/10
The Incredible Hulk (reż. Louis Leterrier) 3/10
The Avengers (reż. Joss Whedon) 4/10

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Syn Coula i jego ludzie

  1. Nie ma się do czego przyczepić. :D Wiesz, z jakiej perspektywy piszesz i tekst jest pod tym względem spójny.

  2. Aż się dziwię, że tylko na końcu, jakoś mi zupełnie nie idzie pisanie jego nazwiska (poprawione). :)
    Ale brak miażdżącej krytyki nieco mnie zmartwił — już się nastawiłam i miałam nadzieję, że dowiem się czegoś nowego…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s