W kontrze do tytułu

Wiecie jaki dziś mamy dzień? Dziś mamy dzień nekromancji i piszemy pierwszy wpis na blogu od trzech lat. Przynajmniej ja. Ale też próbowałam zrobić z tego krótką notkę na fanpage, ale jakoś po pięciu akapitach zrezygnowałam.

Na HBOgo można już obejrzeć wszystkie trzy odcinki miniserialu „Des”, opartego na prawdziwym śledztwie i sprawie z lat 80. XX wieku. Sprawie seryjnego mordercy nie złapanego przez lata i jego ofiar, którymi niewiele osób przejmowało się na tyle, żeby zauważyć związek między nimi i szukać sprawcy.

Oto i on: miły, towarzyski pracownik społeczny, ze szkockim akcentem i w pasiastym szaliku.

Nie jest to, wbrew pozorom, do końca kryminał, chciaż mamy bardzo pięknie pokazane śledztwo, wraz z tymi kawałkami, które się zazwyczaj do seriali nie dostają. Nie thriller, chociaż bywa solidnie przerażający. Co najważniejsze: nie napawa się mordercą i jego czynami, nie usiłuje go tłumaczyć, wzbudzić fascynacji widza, ani nic z tej palety. Z drugiej strony, w zasadzie nie stosuje nawet tych najpopularniejszych filmowych środków, żeby wzbudzić strach, przerażenie czy inne silne emocje.

David Tennant w roli
Dennisa Nilsena

„Des” jest sterylny, zdystansowany, bardzo precyzyjny, w wielu miejscach dokładnie trzymając się tekstu oryginalnych przesłuchań czy odtwarzając sceny znane z ujęć dziennikarskich z czasu procesu. Doskonale przemyślany i precyzyjnie zrealizowany (o reżyserze i współscenarzyście, Lewisie Arnoldzie, jeszcze usłyszymy, zwłaszcza po sukcesie tego miniserialu), trzyma się w ogromnym stopniu na grze aktorskiej. Casting robił świetny Victor Jenkins i jest on (casting, nie Jenkins) niemalże dziełem sztuki.

W rolach głównych:

David Tennant,

Tu, jak na pewno już słyszałyście, błyszczy David Tennant w tytułowej roli. Niezależnie nawet od podobieństwa do Dennisa Nilsena (które, powszechnie chwalone, nie jest tak naprawdę wielkie jeśli chodzi o sam wygląd), Tennant dał radę oddać jego niezmienny, bardzo specyficzny spokój i minimalną mimikę, co razem dopiero daje uderzający efekt ogromnego i niepokojącego podobieństwa. Des jest odegrany z precyzją, spójny w reakcjach i gestach, skąpy, niemalże nieczytelny w mimice i mowie ciała, jednak Tennant nie próbuje z niego robić naszego typowego filmowego socjopaty (Sherlocku, wstań jak do ciebie mówię!) i daje mu akurat dość przejrzystości, żebyśmy widziały że, owszem, odczuwa pod spodem wiele emocji. I nie są one ładne.

Bardzo pięknie podkreśla tę inność i lekkie przesunięcie względem rzeczywistości, mocny szkocki akcent. Scena, w której Des usiłuje sobie przypomnieć coś więcej na temat jednej ze swoich ofiar i odkrywczo oznajmia, że ten był Szkotem, jest z tym akcentem dodatkowo absurdalna i niepokojąca. Tennant w ogóle nie boi się śmieszności, dzięki czemu idzie czasem mocno w absurd sytuacji, z którą zetknęli się policjanci i wcale go nie kontruje, świadom, że realność scen będzie wystarczającą kontrą. Są w „Desie” sceny, w których śmiałam się, absolutnie świadoma że moje miejsce w piekle przesuwa się coraz bliżej ognia.

David Tennant, który wygląda jak David Tennant w okularach i nietwarzowej fryzurze, chyba że zacznie grać i wtedy wygląda już niepokojąco jak Dennis Nilsen.

Sam scenariusz nie unika scen, w których Des może się wydawać wrażliwy, czy zagubiony, scen w których niemal jawnie kpi z przesłuchujących, czy takich, w których nie wiemy, czy manipuluje, czy nie. Gorszy aktor zrobiłby z tej roli postać dużo bardziej jednoznaczną, wybierając którąś z interpretacji. David Tennant zostawia interpretację widowni, w każdej z tych scen będąc równie szczerym. Czy też może raczej: nieszczerym.

Nilsen miał w sobie cechy, które spokojnie mogą tworzyć fascynację publiczności seryjnym mordercą, a jednak, zarówno dzięki realizacji jak i aktorstwu Tennanta, dostajemy kreację, której trudno zarzucić dokładanie kolejnych cegiełek do kultu (kłania się tym razem Charles Mason z Mindhuntera), choć nie da się też powiedzieć, że go jednoznacznie potępia.

Jason Watkins jako Brian Masters i Daniel Mays jako Peter Jay

Naprzeciwko Nilsena mamy dwóch bohaterów: policjanta prowadzącego śledztwo, Petera Jaya (Daniel Mays) i Briana Mastersa (Jason Watkins). Ten pierwszy jest naszym klasycznym bohaterem prawa i porządku, od zaangażowania w pracę, przez poczucie winy, aż do typowych problemów rodzinnych. Drugi to człowiek który po dziesiątkach wywiadów i ciągłej korespondencji z Desem napisze o nim książkę, która stanie się podstawą tego serialu. A potem będzie go odwiedzał kolejne 10 lat.

Jason Watkins,

Kiedy mamy do czynienia z bohaterem opartym na samoopisie i – nieodzownie – kreacji samego siebie przez autora, efekt bardzo często wypada niesamowicie płasko. To że tutaj udało się tego efektu uniknąć jest, niewątpliwie, zasługą Jasona Watkinsa (który jest dziś, moim zdaniem, w ścisłej czołówce aktorów charakterystycznych brytyjskiej telewizji).

To jeden z tych aktorów, których pewnie znacie z widzenia, bo grał w jakimś angielskim serialu. Chociaż z drugiej strony — możecie go wcale nie znać z widzenia, bo Watkins często praktycznie wtapia się w charakteryzację i niemal wszędzie wygląda inaczej. Obsadzany w roli postaci zwykłych i nierzucających się w oczy, gra te role tak dobrze, że sam jest o wiele za mało rozpoznawalny, przynajmniej poza UK. Jednocześnie absolutnie nie sposób oderwać od niego oczu.

Jason Watkins w roli Briana Mastersa. Mówię, profesor historii jak malowany!

Brian Masters, grany przez Watkinsa, jest opanowany, skryty, nieco zafascynowany Dennisem Nilsenem, jednocześnie pewny siebie i łatwy do manipulowania, czasem śmieszny i godny pogardy, czasem aż nadto analityczny i świadomy tego, co się dzieje dookoła niego. Przy tym wszystkim postać ma w zasadzie niewiele wyróżniających elementów, którymi można to wszystko ograć: leciutkie manieryzmy, odrobina świadomości w dobiorze ubiorów, tworząca typowy wizerunek konserwatywnego homoseksualisty swoich czasów (powinien być historykiem albo profesorem prawa), ale poza tym pozostaje tylko kunszt aktora. I to Jason Watkins dostarcza na mistrzowskim poziomie.

„Des” nie boi się długich ujęć na twarze postaci (i z tymi aktorami nie ma powodu się bać), mamy nawet to, czego tak często mi we współczesnym kinie i telewizji brakuje: sceny, w których jeden bohater mówi, drugi słucha, a my widzimy tylko tego słuchającego. Bez przebitek na mówiącego, bez teledysku, długie ujęcie słuchającego człowieka. Właśnie tymi ujęciami Watkins tworzy swoją postać. Najwięcej dowiadujemy się o Brianie Mastersie, kiedy nic nie mówi. Sceny wywiadów między nim a Nilsenem są same w sobie genialnymi aktorskimi etiudami, fascynującymi nawet bez kontekstu.

i Daniel Mays.

Przy Tennancie i Watkinsie, trzeci z głównych bohaterów, może nawet najgłówniejszy – policjant, Peter Jay – wypada może odrobinę słabiej. Nie, źle piszę, przy Watkinsie i przy Tennancie wypada równie dobrze, wszyscy trzej aktorzy mają ze sobą doskonałą chemię i żaden nie próbuje wypaść lepiej na czyimś tle. To w pozostałych scenach Daniela Maysa mamy ten poziom leciutko niższy. Przy czym, nie oszukujmy się, to jest nadal poziom „świetny” w porównaniu z „genialnym”.

Mays trzyma serial na swojej postaci, dość typowym głównym śledczym, tym co to – wiecie – jest oddany swojej pracy, zależy mu na ofiarach, ma problemy rodzinne, będzie się stawiał zwierzchnikom, którzy każą mu zwijać śledztwo, będzie czasem może nadmiernie emocjonalny względem swojej roboty, ale naprawi to ciężką pracą i błyskotliwymi pomysłami. To nie jest rola, która daje dużo miejsca na oryginalność, ale na szczęście scenariusz na tyle odchodzi od naszych typowych kryminałów, że Daniel Mays miał szansę stworzyć postać choć odrobinę odróżnialną od innych. Ze wszystkich trzech głównych aktorów, to on dostał najmniej charakteryzacji, decyzja zrozumiała o tyle, że to nie policjanci lądują na pierwszych stronach gazet, jednak moim zdaniem nieco wyrywająca postać z konwencji i epoki. Może dlatego, że pamiętam zbyt dużo jego ról współczesnych, bo przyznaję, że Mays ma twarz idealną do tego, żeby z marszu grać lata osiemdziesiąte. Albo smutnego spaniela.

Peter Jay jest najbardziej „na zewnątrz” z głównych bohaterów, jako jedyny działając i rozmawiając z innymi postaciami. Maysowi udało się nie ukraść serialu dla siebie, jednocześnie nie ogrywając jako głównej postaci mordercy. To na nim leżała główna odpowiedzialność za wprowadzenie do tej historii ofiar i robi to bardzo pięknie, budując empatię, współczucie dla rodzin i to głębokie poczucie zawiedzionego zaufania, jakie rodzi seryjny morderca nieodkryty przez lata. Najlepsze jednak pozostają jego sceny z Tennantem i Watkinsem i to w nich gra zdecydowanie najlepiej.

W pozostałych rolach:

Należy też powiedzieć dobre słowo o aktorach drugiego planu. Mamy tu wszystkim pozostałych policjantów uczestniczących w śledztwie i wszyscy oni grani są przez ten niemal niezauważalny fundament brytyjskiej telewizji – tych gości, których gdzieś już kiedyś widziałam, aktorów których twarz skądś kojarzę, tych których wpis w IMDb zdradzi później po jednym epizodzie w niemal każdym brytyjskim serialu kryminalnym od dziesiątek lat. Bardzo dobrzy są Jay Simpson i Ben Bailey Smith, świetny Ron Cook w roli zwierzchnika Jaya (DSI Geoff Chambers), doskonały Barry Ward jako DI Steve McCusker. Zwłaszcza ten ostatni absolutnie pięknie gra samą twarzą i gestami, wpisując się doskonale w dynamikę aktorską serialu i dodatkowo uwypuklając relacje między Stevem a Peterem. Wpisuję sobie Warda na listę „powinni go zatrudnić do roli w Doktorze”. Ron Cook z drugiej strony to weteran teatralny i filmowo-telewizyjny (w Doktorze też już grał) i jest ogromną wartością dodaną przy każdym policyjnym przesłuchaniu Nilsena.

Serial jest zresztą tak napisany, że wszyscy policjanci mają co robić i co zagrać. Śledztwo nie jest typowym kryminałem, w którym dzielni śledczy odkrywają kto zabił, a nawet tą specyficzną odmianą colombowską, w której obserwujemy jak detektyw przyszpili mordercę, którego już znamy. Tutaj mamy podejrzanego, mamy dużo dowodów rzeczowych i nawet kilku świadków. Przez większosć czasu zabawa będzie więc polegała na tym czy możemy udowodnić to, co mówi podejrzany. Resztę czasu zajmie udowadnianie tego, czego podejrzany nie mówi.

Mamy tu z jednej strony całą masę tej „nudnej” podstawowej roboty policyjnej, polegającej na zbieraniu śladów, przeszukiwaniu baz danych, rozmawianiu z masą ludzi oraz czekaniu na wyniki testów. Te mało błyszczące kawałki śledztwa, które tak często są omijane dla zwiększenia tempa czy napięcia, a same w sobie tworzą, jeśli nawet nie idealną opowieść, to idealne tło dla opowieści. Z drugiej strony mamy przygotowanie do oskarżenia i procesu: domykanie wątków śledztwa, decyzje kiedy skończyć szukanie nowych wątków, w co zainwestować czas i ludzi, co można przedstawić w sądzie, co przekona ławę przysięgłych, jak uzyskać dodatkowe dowody.

To podejście do śledztwa to jedna z lepszych stron scenariusza i sporo radości dla widzów znudzonych klasycznymi kryminałami.

prawie sami faceci.

Na pewno zauważyłyście jak bardzo wszystko co dotychczas pisałam jest przepełnione mężczyznami. To klasyczne zagrożenie dla seriali próbujących jak najwierniej odtworzyć „historyczne realia”, zwłaszcza kiedy mamy do czynienia ze sprawą, w której i sprawca, i ofiary były mężczyznami. Scenarzystom udało się co prawda stworzyć kilka sensownych ról żeńskiech (świetna Chanel Cresswell, bardzo dobra Bronagh Waugh), jednak z konieczności niewielkich i ograniczonych do świata pozapolicyjnego. Mamy tu brytyjską policję at it’s finest na 10 lat przed Prime Suspect i Helen Mirren przebijającą szklany sufit.

Internet oferuje, po długim przeszukiwaniu, jedną jedyną Bronagh Waugh w roli Charlotte Proctor

Przy tym wszystkim, serial zdaje Test Bechdel w pierwszej scenie, drobną rozmową między Tilly i Lindą Jay. Ja doskonale wiem, że to jest mężczyzna pokazujący, jak mało trzeba dla zdania Testu Bechdel, ale też pokazujący, że jeśli tak mało trzeba dla zdania testu Bechdel, to że jeśli czyjś film czy serial tego nie robi, to już naprawdę jest zła wola.

Scenariusz i reżyseria:

Od strony technicznej jest to przepiękne, począwszy od cytowania oryginalnych zdjęć i filmów z czasu procesu, przez precyzyjne ich odtwarzanie z obsadą serialu, po dodawanie drobnych ujęć, które służą jako pomost pomiędzy dwoma pierwszymi. Te same sceny widzimy w różnych odcinkach raz jako fragment dłuższej sceny, raz jako migawkę z materiału archiwalnego.

Mimo tego, że „Des” usiłuje ewokować chłód, to nawet kolorystyka ujęć nie jest przewidywalnie błękitna, a spodziewałam się niebieskiego filtru co najmniej na wszystkie sceny policyjne i więzienne. Tymczasem na pierwszy plan wysunięta jest szarość i zieleń (plus, oczywiście, kolory z niej się wybijające, osoby od kostiumów i dekoracji zrobiły tu kawał dobrej roboty). Więzienie będzie więc szarozielone, tak samo jak pokój przesłuchań czy mieszkanie Desa, ale to nie zimna szarość, której się spodziewamy, tylko ciepły odcień, jakby wszystko było widać przez nieco zamulone akwarium. W kontrze dostajemy brązy i czerwienie: są zarezerwowane do świata poza posterunkiem, spotkania w pubie, czy nawet sali sądowej. Jak na zimny serial, „Des” ma zdecydowanie cipłą paletę kolorystyczną. wyłączając samego Desa, ubieranego w całą gamę niebieskości: od błękitu do granatu.

A „Des” rzeczywiście stara się utrzymać dystans i chłód narracji, bo (znów zadziwiająco) całość nie jest ani zafascynowaną mordercą laurką, ani klinicznie bezemocjonalnym odtworzeniem faktów, ani potępiającym wyrokiem. Pomaga w tym scenariusz, czy może sama książka, na której jest oparty. Dodanie do typowej dynamiki policjant–przestępca i szerzej: policja–inteligentny złoczyńca, trzeciego bohatera w postaci pisarza (czasem dziennikarza) nie jest, oczywiście, niczym nowym w tym gatunku, ale w „Desie” gra bardzo dobrze.

Brian Masters (Jason Watkins) śledzi proces Desa
Postać Briana Mastersa pozwala ciekawiej balansować relacją między policjantem a mordercą.

Dobrze przemyślany jest podział tej historii na odcinki, z których każdy ma inną dynamikę i właściwie inny temat. Bardzo ładnie przechodzą w siebie sceny oparte na zapisach (przesłuchania, czynności śledcze, proces) ze scenami udramatyzowanymi na potrzeby filmu, dialogi są na solidną piątkę, ale nadal, jeżeli coś mi w tym serialu nie zagrało idealnie, to właśnie scenariusz.

Przydałby się tutaj ktoś z większym doświadczeniem, żeby całość gdzieniegdzie doszlifować, wyciąć tu i tam fragemnt, wstawić inny gdzie indziej, uniknąć kilku nurzących kalek fabularnych, bardziej domknąć część wątków i dopracować postaci. Przy czym tu akurat wiele uratowali aktorzy, jak się ma takich aktorów i reżyseruje własny pomysł, to nawet jeśli scenariusz nie jest idealny, da się z niego wyciągnąć maksimum.

Mamy pod koniec serialu scenę, w której Masters dyskutuje z Nilsenem napisaną już książkę o nim. Na sugestię Dennisa, że tytuł powinien brzmieć „Des Nilsen”, Masters odpowiada spokojnie, że przeciwnie, powinien brzmieć właśnie tak, bo jego książka nie jest opowieścią chwalącą bohatera, a przeciwnie, mającą ostrzegać. Tytuł książki Mastersa brzmi „Killing for Company: The Story of a Man Addicted to Murder”. Co jest o tyle zabawne, że ta dość patetyczna scena znajduje się w finale serialu, zatytułowanego właśnie „Des”. Wydaje mi się jednak, że mimo tytułu, udało się w serialu osiągnąć odpowiednio wyważony ton. Robi to trochę unikając prostych odpowiedzi, ale też trudno w takiej sytuacji o jasne wyjaśnienie i obiektywny osąd.

Dennis Nilse (David Tennant) i Brian Masters (Jason Watkins) siedzą naprzeciw siebie w więziennym pomieszczeniu przeznaczonym na spotkania. Obaj palą papierosy.
Nawet nie wiecie jakie ilości papierosów się przewalają przez ekran.

Wychodzi więc na to, że wystarczy wziąć fascynującą i mocno przerażającą historię, zinterpretować ją trochę pod kątem społecznym, dorzucić dobry scenariusz, bardzo dobrą reżyserię, świetny casting, kostiumy, scenografię i montaż i wziąć do tego kilku genialnych aktorów i trochę aktorów bardzo dobrych i już – ot! – mamy świetny serial.

ITV, 2020

Rating: 9.5 out of 10.

Daję „Desowi” z dużą przyjemnością 9,5/10 bo nie zaszkodziło mu nawet oglądanie pomiędzy częściami doskonałego brytyjskiego „Prime Suspect”.

Podejrzewam, ze jak nie macie pierdolca na punkcie brytyjskich aktorów telewizyjnych oraz na punkcie brytyjskiego kryminału jako gatunku, może się wam spodobać mniej. Ale nawet jeśli, to wciąż jest to bardzo solidny serialopowiadający z pewnym wyczuciem o trudnym do przedstawienia temacie.

W Polsce możemy „Desa” oglądać na HBO GO
1 seria: 3 odcinki (po ok 48′)
IMDb: https://www.imdb.com/title/tt11656892
Test Bechdel: 3/3 chociaż bezczelne i odrobinę naciągane


TW ! CW

Trigger Warning/Ostrzeżenia: wykorzystywanie seksualne, opisy morderstwa, opisy usiłowania morderstwa, opisy zwłok, opisy sposobów pozbywania się zwłok

Content Warning/Zawiera: zeznania niedoszłych ofiar, powszednia homofobia i transfobia swojej epoki (stosunkowo niewiele)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s