Wakacje na Enterprise — letnie wyzwanie startrekowe

Uwaga na wszystkich pokładach!

Załogo!

Tu wasza oficerka kulturalno-oświatowa, komandor porucznik Ysabell. Jak wszyscy już pewnie dobrze wiecie, pokładowy system rozrywki wizualnej (zwany też Netfliksem) wprowadził ostatnio do swoich zbiorów wszystkie seriale z uniwersum Star Treka.

Żeby ulżyć nam w naszej misji badania obcych światów, odkrywania nowych form życia i nieznanych cywilizacji kapitan zaaprobował projekt letniego wyzwania startrekowego dla wszystkich tych, którzy — tak jak ja — wrócili do starych dobrych przyjaciół z Enterprise, ale też dla tych, których przygoda ze Star Trekiem dopiero się rozpoczyna. Innymi słowy: zaczynamy zabawę, do której może się przyłączyć każdy, kto ogląda ostatnio którykolwiek ze startrekowych seriali.

Decal_29

Zasady są proste: każdej niedzieli pojawia się pięć luźnych pytań, na które odpowiadamy do soboty. W sobotę zbieram wszystkie linki z odpowiedziami i umieszczam je w jednym miejscu. W kolejną niedzielę zaczynamy od początku. Jeśli dobrze pójdzie i będziemy miały ochotę, potrwa to 10 tygodni. Potem wszystkie upijamy się romulańskim ale, klingońskim martini, yridiańskim brandy, talaksiańskim szampanem lub draylaksiańską whiskey i wspaniale wspominamy te wakacje. Zamówienia na inne trunki przyjmuje w kwaterach inżynierskich bosman Kri’lain odpowiedzialna za pokładowy replikator i syntezę pożywienia.

Odpowiedzi na pytania możecie umieszczać na swoich blogach (jeśli je macie), na cudzych blogach (po uzyskaniu zgody własciciela lub właścicielki, zgodnie z przepisami Federacji), na grupie FB, lub w dowolnym innym miejscu, które zdołacie zalinkować. Można odpowiadać codziennie na jedno pytanie, lub zbiorczo na wszystkie z danego tygodnia. Spis odpowiedzi (w tym poście i na grupie) będę uzupełniała co sobotę.

Pytania będą się pojawiać co niedzielę tu, w tym poście i na grupie na FB.

Decal_29

Regulamin wyzwania jest krótki:

  1. Bawcie się dobrze.
  2. Nie przeszkadzajcie w zabawie innym.
  3. Kierujcie się tym co w tym poście i na grupie FB jako wskazówkami w zabawie.

Podstawową zaletą takich zabaw jest to, że możemy porównać swoje odpowiedzi na różne pytania, pogadać na temat z innymi fanami i fankami, a często również poznać fajnych ludzi. Dlatego zapraszajcie do zabawy wszystkich, którzy i które chciałyby wziąć w niej udział. A także czytajcie inne wypowiedzi i koniecznie komentujcie, jeśli coś wam się spodoba (lub, przeciwnie, nie spodoba).

Decal_29

Tymczasem na przystawkę (i jako przykład) pierwsze pytanie rozbiegowe umieszczam już dziś i zachęcam do odpowiadania na nie przy okazji reklamowania naszego nowego wyzwania (bo będziecie reklamować, prawda?):

9 lipca 2016 (Stardate 69987.9): Weź jedną ze stałych postaci z serialu ST, który aktualnie oglądasz i powiedz kogo i czemu obsadziłabyś w tej roli, gdyby kręcić ten serial dzisiaj.

Liczę na was w rozprzestrzenianiu informacji o wyzwaniu i do usłyszenia jutro, kiedy podam pięć pierwszych pytań.

Bez odbioru!

To jak? Engage?

Decal_29

Pytanie rozbiegowe (09.07.2016):

0. Weź jedną ze stałych postaci z serialu ST, który aktualnie oglądasz i powiedz kogo i czemu obsadziłabyś w tej roli, gdyby kręcić ten serial dzisiaj. [odpowiedzi tu]

Tydzień pierwszy (10.07.2016-16.07.2016):

  1. Jaki jest Twój ulubiony odcinek obejrzany w trakcie tego oglądania Star Treka? Niespoilerowo opowiedz punkt wyjściowy. Koniecznie napisz dlaczego ulubiony (jeśli spoilerowo to z oznaczeniem spoilerów). [odpowiedzi tu]
  2. Masz dzień wolnego na pokładzie Enterprise. Możesz zaprogramować holodeck i zabrać ze sobą jedną osobę z załogi (serialową lub wymyśloną przez siebie). Co programujesz i kogo bierzesz? [odpowiedzi tu]
  3. Gdybyś mogła w jednym ze startrekowych seriali zmienić jednej postaci płeć, wiek, rasę lub orientację, jaka byłaby to postać, jaka zmiana i dlaczego? [odpowiedzi tu]
  4. Wszyscy wiemy, że można szczerze kochać załogę, a nawet postaci poboczne, czasem pojawiające się w serialach, ale jaka jest Twoja ulubiona postać występująca w pojedynczym odcinku/historii ST? No i, oczywiście, dlaczego ta. [odpowiedzi tu]
  5. Jaka jest Twoja ulubiona rasa w uniwersum Star Treka i dlaczego? [odpowiedzi tu]

Tydzień drugi (17.07.2016-23.07.2016):

  1. (6) Którą ze startrekowych technologii najbardziej chciałabyś mieć na co dzień (niekoniecznie ulubiona, ale najbardziej przydatna w codziennym użytku)? [odpowiedzi tu]
  2. (7) Co ostatnio najbardziej cię w Star Treku ucieszyło? Może to być drobiazg: cytat, postać, pojawienie się jakiejś rasy, a może jakieś rozwiązanie fabularne, albo motyw czy problem. [odpowiedzi tu]
  3. (8) Gdybyś mogła wybrać dowolnego aktora lub aktorkę z całej historii kina i telewizji (i w dowolnym jego lub jej wieku), żeby zagrali jedną z postaci serialu ST, który oglądasz, kogo byś wybrała do grania kogo (i czemu)? [odpowiedzi tu]
  4. (9) Jesteś istotą o niemal nieograniczonej mocy i możliwościach (patrz: Q), która natyka się na załogę (serialu, który oglądasz) i jest nimi zafascynowana. Co robisz? Jaką sytuację tworzysz? [odpowiedzi tu]
  5. (10) Jaki element usunęłabyś z któregoś z seriali ST? Elementem może być motyw, przedmiot, technologia, wątek w serialu, moc, gatunek itp. Cokolwiek, ale nie konkretna postać. [odpowiedzi tu]

Tydzień trzeci (24.07.2016-30.07.2016):

  1. (11) Który z oglądanych ostatnio odcinków podobał ci się najmniej i dlaczego? Może chodzić o wartości wizualne, o fabułą, o przesłanie, albo o dowolną inną rzecz, ale w odpowiedzi na to pytanie marudzimy.
  2. (12) I do kompletu z jednym z zeszłotygodniowych pytań: jaką postać chciałabyś usunąć z konkretnego serialu ST? Wszysstko jedno czy będzie chodziło o załogantkę, która pojawia się w jednym odcinku, powracającego bohatera czy jednoodcinkową przeciwniczkę — kogo wywalamy w nicość?
  3. (13) Tym razem ciuchy, czyli przyglądamy się kostiumom. Opisz albo pokaż (a najlepiej both) jakiś kostium, który specjalnie zwrócił twoją uwagę. Mogą to być strasznie nieudolne stroje obcych kultur, albo kusząca kieca z firanki i folii aluminiowej. Może też być odrotnie: wyjątkowo ciekawy ubiór, kombinezon pasujący do rasy czy kultury, albo po prostu coś estetycznego.
  4. (14) Trekowe seriale często mierzyły się z lękami swojego pokolenia i mówiły o wydarzeniach, które formowały ich widownię. Z własnego punktu widzenia i z perspektywy dzisiejszego świata, jaki problem chciałabyś, żeby podjął startrekowy serial. No i, oczywiście, z którą załogą byś go skonfrontowała? Dodatkowe punkty za ubranie problemu w kosmiczne ciuszki oraz za zręby scenariusza (punkty zapalne).
  5. (15)  Potworowy piątek, czyli tym razem wybieramy ulubioną istotę. Miałyśmy już pytanie o gatunek (rasę), teraz proszę o wskazanie jakiegoś bardziej pojedynczego bytu, stworzenia, życia w kosmosie, które szczególnie zwróciło waszą uwagę.

Tydzień czwarty (31.07.2016-06.08.2016)

  1. (16) Czy gdybyś miała taką możliwość, chciałabyś zostać członkinią załogi swojego serialu? Dlaczego? Jeżeli tak, to jaką funkcję chciałabyś pełnić, czym się zajmować?
  2. (17) Czy jest jakiś startrekowy gadżet, który chciałabyś mieć? Może to być równie dobrze rekwizyt, element cosplayu albo kubek z logo. Co tylko wymyślisz, że jest ci potrzebne.
  3. (18) Dlaczego właściwie oglądasz Star Trek?
  4. (19) Czwartek z cytatem: Jaki jest twój ulubiony cytatze startreków? Jaki ostatnio zapadł ci w pamięć? Albo rozbawił. Albo zasmucił. Generalnie rzucamy cytatami (oznaczajcie, proszę, spoilery) ile się da. Dodając w razie potrzeby kontekst i źródło.
  5. (20) Obsadź załogę wybranego trekowego serialu polskimi aktorami. Mogą być współcześni, z czasów kręcenia serialu, albo z jeszcze innych. Albo wszystko na raz (jak się chce to można obsadzić młodego bodo w roli Geordiego i jednocześnie Szyca w roli Rikera).

Tydzień piąty (07.08.2016-13.08.2016)

  1. (21) Dziś Dzień Kota, więc okolicznościowo: gdybyś mogła mieć któreś ze startrekowych stworzeń jako zwierzątko domowe, które byś wybrała?
  2. (22) Dwa tygodnie temu mierzyłyśmy się z ciuchami, dziś pora na charakteryzację. Która z zadziwiająco humanoidalnych ras zwróciła na siebie ostatnio twoją uwagę „wykonaniem”? Czoła Klingonów? Uszy pana Spocka? Róg u tego psa z TOS, z którego się wszyscy śmieją? A może coś zupełnie innego? Dawajcie fajne albo niefajne charakteryzacje. Zdjęcia mile widziane.
  3. (23) Z kim z załogi swojego serialu mogłabyś mieszkać przez pół roku? Czy to w czasie nauki w Akademii Gwiezdnej Floty, czy na statku, czy po prostu we wspólnym mieszkaniu na studiach. Pół roku wspólnego mieszkania bez zabicia współlokatora.
  4. (24) Jeśli mogłabyś umieścić swoją załogę w fabule z jakiegoś innego utworu, co to by było? Oczywiście, okoliczności mogą być trochę zmienione, żeby Romeo i Julia byli z wrogich planet, a nie rodów w mieście, ale historia zostałaby ta sama. W jakim charakterze występowaliby nasi bohaterowie?
  5. (25) Jak oglądasz? Opisz swoje zwyczaje: kilka odcinków pod rząd, czy po jednym dziennie? Z telewizora, komputera, czy laptopa? W łóżku, na kanapie, fotelu, czy przy biurku? Głaszcząc kota, czy tribble’a? A może jeszcze inaczej?

ciąg dalszy nastąpi

* Pamiętajcie przy odpowiadaniu na pytania przybliżać serię i postaci, o których piszecie, bo nie wszyscy oglądamy to samo i nie wszyscy znamy wszystkie trekowe seriale.

Jak przetrwać upał przed ekranem

Ponieważ pogoda nadal oferuje nam błogie ciepełko, a koło 18:00 słońce zaczyna zaglądać do malutkiego pokoju, w którym pracuję i piszę i robi się tu odpowiednio duszno i parno, pomyślałam, że może warto spisać kilka porad na aurę letnią w stylu śródziemnomorskim (a nawet afrykańskim), która nas ostatnio nawiedza.

Nie mam tu na myśli oczywistości takich jak klimatyzacja, wentylator, wachlarz, czy zimny prysznic. Nie chcę nawet pisać o lodach, owocach z lodówki i białym winie (bo na zimno białe najlepsze). Ale poza chłodzenie z zewnątrz i od środka, można też spróbować chłodzić mózgiem przez oczy. Znaczy po prostu oglądać filmy i seriale, w których jest bardzo zimno tak długo, aż mózg sam zacznie marznąć.

Można to, oczywiście, osiągnąć również przy pomocy innych mediów. Weźmy, dajmy na to, Opowiadania Kołymskie Szałamowa, a dokładniej fragment, w którym wjeżdżało się w dolinę i wszyscy na pace ciężarówki oddychali z ulgą, że już cieplej, bo tam było aż –30 stopni. Z kolei w gry komputerowe potrafią, oczywiście, dać bardzo mroźny efekt (weźmy choćby wspaniałe Cryostasis), ale wymagają ruszania się choć trochę, co z kolei nie pomaga. Muzycznie pewnie też można się doziębić, ale zamiast bardziej pasujących przykładów, z powodu lekkiego nadużycia (wspomnianego wcześniej) białego wina, jako motto niech nam posłuży ten utwór:

Wracając jednak do seriali, jeśli potrzebujecie jakoś przetrwać upał, albo przekonać mózg, że te temperatury są lepsze niż alternatywa, sięgnijcie po:

1. Fortitude

Pierwszy serial, który przychodzi na myśl, jeśli zastanawiam się nad czymś o zimnie i trochę inspiracja tego wpisu. Kilka słów na jego temat pisałam już tu. Recepta w postaci Fortitude jest sprawdzona. W zeszłym roku podczas upałów udało mi się kilka razy zmarznąć przy oglądaniu. A poza tym, poza walorami termicznymi, jest to również zwyczajnie dobry serial, który miło oglądać.

W Fortitude kilka ważnych motywów jest związane z temperaturami tam panującymi, ale przede wszystkim najzwyklejsze zajęcia wykonywane w tamtejszym klimacie wzbudzają ciarki na grzbiecie. Do tego piękne zdjęcia, wydobywające grozę, ale i urok, wiecznego śniegu. Można się całkiem nieźle schłodzić.

Jedenaście godzinnych odcinków.

fortitude-pivot-tv-showfortitude-henryimeis fortitude

2. Ófærð (Trapped)

Tym razem Islandia i to po islandzku. Dla mnie to dodatkowy walor, bo ten język jest przeuroczy. Mamy niewielkie miasteczko rybackie, zawijający do niego prom z Danii i okaleczone zwłoki wyciągnięte z morza. Do tego śnieżną nawałnicę, która powoduje, że nikt miejsca zbrodni nie opuści, ale też nikt (w tym policjanci z Reykiaviku) nie przybędzie.

Bardzo dobry kawałek mroźnego kryminału dla wygłodniałych po Fortitude. W roli głównej świetny Ólafur Darri Ólafsson, reszta też obsadzona ładnie (w końcu nieznane twarze!), język przedziwny, scenariusz ciekawy i trzymający w napięciu. A do tego cała masa wciskającego się wszędzie zimna, wiatru, śniegu, kryształków lodu. Lodowata woda, lodowate powietrze, wszystko zimne i pozwalające cieszyć się tym, jak cieplutko mamy tu, przed monitorem.

Dziesięć godzinnych odcinków.

TRAPPED trapped4 trapped

3. Kampen om tungtvannet (The Saboteurs/ The Heavy Water War)

Pamiętacie Bohaterów Telemarku? W Bitwie o ciężką wodę chodzi o ten sam kawałek drugowojennej historii: sabotaż hitlerowskiej produkcji ciężkiej wody (well, jak sama nazwa wskazuje), tylko tutaj jesteśmy nieco bliżej faktów.

Oczywiście zima i zimno nie grają tu tak kluczowej roli, jak w dwóch poprzednich, ale za to najlepsze chyba sceny całego miniserialu to właśnie te w śniegu.  Dzięki nim możemy docenić, jakimi twardzielami są nasi bohaterowie. Co tam naziści — prawdziwie śmiertelnym wrogiem jest norweska pogoda…

Sześć czterdziestopięciominutowych odcinków.

saboteurs5 saboteurs7saboteurs6

4. David Attenborough

Jeśli nie mamy ochoty na emocje (czy to kryminalne, czy wojenne), pomocą służy jak zawsze David Attenborough. W większości jego przekrojowych serii przyrodniczych są fragmenty arktyczne, ale warto pamiętać, że nakręcił nawet jeden serial całkowicie temu poświęcony, czyli Frozen Planet. Niesamowite lodowe krainy, przepiękne mroźne zdjęcia, polarne zwierzątka, zakutany w ciepłe ciuchy narrator… Wszystko to bardzo pięknie chłodzi w największy nawet upał.

Oczywiście można (i warto) zajrzeć do innych jego serii, zwłaszcza jeśli Frozen Planet nam się już skończy. Stosunkowo najłatwiej pewnie dotrzeć do zeszłorocznego The Hunt, tylko tu już trzeba się liczyć z mocno krwawymi scenami. Sporo arktycznych krajobrazów jest też np w starszym Life.

W każdym razie David Attenborough chłodzi znakomicie, a do jego zalet należy też fakt, że mroźną zimą można go wykorzystywać odwrotnie: jako ocieplacz.

frozenplanet2

Frozen Planet
Frozen Planet

frozenplanet

5. I inne…

Oczywiście seriali o zimnie jest cała masa. Te powyższe są na pewno godne polecenia, bo ich działanie chłodzące zostało przeze mnie dokładnie przetestowane. Ale uciekać od upału możemy przecież na wiele sposobów.

Przede wszystkim mamy Alaskę, która z nieznanych przyczyn jest wg scenarzystów miejscem ogromnie zabawnym i niemal równie romantycznym. O Przystanku Alaska (Northern Exposure) nikomu pewnie przypominać nie trzeba, a chociaż nie pogoda i warunki klimatyczne graja tam główną rolę, to przy niektórych odcinkach robi się zdecydowanie zimno. Tak samo, a może nawet lepiej działa nowsze Men in Trees, które prezentuje wspomniany odłam romantyczny. Ponieważ nie ma nic bardziej romantycznego niż prawie zamarznąć. Ale to i tak miły serial.

Skoro już jesteśmy przy arktycznej romantyczności, warto też wspomnieć o kanadyjskim Arctic Air z pięknymi krajobrazami północnego zachodu Kanady. Jest arktycznie, bywa mroźnie, romantyczności za to trochę mniej niż w poprzednim. No i są samoloty.

Jeśli chcemy więcej emocji (jeszcze więcej, niż dają samoloty na północy Kanady?!), możemy też spróbować obejrzeć Helix. Ostrzegam od razu: to bardzo głupi serial. Mamy w nim za to arktyczną bazę, tajemnicze badania, „coś” zabijającego naukowców i śmiałych bohaterów. Mnóstwo przedniej zabawy, są nawet straszne potwory, jedyne czego nie ma, to sens.

Z szukaniem sensu, a przynajmniej jakiejśtam logiki, można spróbować się udać w stronę nordyckich kryminałów. Tych północnych, ponurych, zimnych i nieprzyjemnych. W większości długich serii jest przynajmniej kilka odcinków zimowych, żeby jeszcze bardziej pognębić bohatera (i tak już głęboko w depresji). Jako przykład weźmy sobie mniej znane Modus. Mamy śnieżny szwedzki grudzień, mrożące krew w żyłach morderstwa w całym kraju, profilerkę z autystyczną córką i dzielnego detektywa. Jest zimno, ciemno i nieprzyjemnie, dzięki czemu od razu łatwiej docenić przyjemny i ciepły dom.

Jeśli wszystko inne zawiedzie, zostaje nam jeszcze na koniec nowe serialowe wcielenie Fargo. Zima jest w nim nie tylko scenerią, ale prawdopodobnie również alegorią oraz metaforą, ale czym by nie była, pokazywana jest ogromnie plastycznie i pięknie. Śnieg w Fargo jest niemal wyczuwalny, a że ludzie też nie są przesadnie ciepli, to dreszcze gwarantowane.

helix
Śnieżnie i strasznie jest w Helix
modus
Modus czyli szwedzkie święta z trupami do smaku
fargo06
W Fargo zima jest piękna ale mordercza

Mam nadzieję, że ten zestaw pierwszej pomocy pozwoli Wam przetrwać resztę lata. Ale jeśli macie jakiś inny chłodzący serial, podzielcie się nim koniecznie. Biorąc pod uwagę globalne ocieplenie, warto stale ten zestaw powiększać. Zwłaszcza że to samo ocieplenie sprawia że kręcenie takich seriali staje się coraz trudniejsze…

Wymienione seriale w IMDb:

 

Bełz: metropolia, która została miasteczkiem

Niemal na pewno znacie tę melodię. Może pamiętacie ją jak przez mgłę z tego jednego seansu Zakazanych piosenek, który podobno mieć za sobą „wypada”. Może wpadła wam w ucho przy okazji którejś transmisji z Warszawy Singera albo innego koncertu piosenek żydowskich. Może przy okazji słuchania Połomskiego. Może, tak jak mnie, przyniosła ją wam Magda Umer. A może same nie pamiętacie gdzie do was przypłynęła.

Jak wszystkie najpiękniejsze historie, tak i ta ma wiele początków, ale my zacznijmy w Odessie na progu XX wieku. W tym jednym z największych miast Imperium Rosyjskiego, lawinowo rozrastającym się przez cały wiek XIX, niemal 1/3 mieszkańców stanowią Żydzi. Wśród nich mały Sasza Olszaniecki, który śpiewa w synagodze i już od kilku lat (odkąd sam skończył sześć) uczy się grać na skrzypcach, a także Izrael Heifetz (Hejfec), wydawca jednej z odeskich gazet.

W niej właśnie debiutuje nastoletnia Iza Jakowlewna Kremer, również poddana cara. Panienka z mieszczańskiej rodziny żydowskiej, ucząca się jednak w prywatnej prawosławnej szkole, a także autorka wielce rewolucyjnych wierszy. Iza urodziła się i mieszkała w Bielcach (Bălţi), industrialnym i handlowym centrum Besarabii, dziś drugim co do wielkości mieście Mołdawii. Metropolii, którą współtworzyli żydowscy osadnicy z Galicji, i która do wybuchu Wielkiej Wojny da schronienie wielu kolejnym Żydom, którzy będą wtedy stanowić 70% tamtejszej ludności.

W tym samym czasie inni żydowscy poddani najjaśniejszego pana Franciszka Józefa — węgierska rodzina Jakubowiczów — planowali emigrację do USA. Wyemigrują niedługo, w 1904 roku, biorąc ze sobą między innymi innego bohatera naszej opowieści: Jakuba.

Aleksander Olszaniecki
Alexander Olshanetsky (zdjęcie z Internetu)

Ale wróćmy do Izy. Musiało być coś ciekawego w jej wierszach albo w niej samej, bo wiemy, że po spotkaniu z piętnastoletnią Izą, Izrael sfinansował jej wyjazd do Mediolanu, gdzie mogła uczyć się śpiewu u Pollione Ronziego. jako osoby miłe i dobrze wychowane, nie będziemy tu posądzać Izraela Hejfeca o żadne paskudne poboczne motywy, zwłaszcza, że Iza Kramer miała rzeczywiście stać się znaną na całym świecie śpiewaczką. Póki co, dzięki pomocy odeskiego redaktora, Iza jedzie do Mediolanu, gdzie uczy się śpiewu klasycznego, choć nie bez przeszkód. Kiedy jej ojciec traci wszystkie pieniądze w nietrafnym biznesie, Iza sprowadza do siebie matkę i koncertowaniem zarabia na życie obu. W 1911 z Cremonie debiutuje w roli Mimi w Cyganerii Pucciniego. Wkrótce zostaje solistką w Teatrze Maryjskim w Sankt Petersburgu, gdzie śpiewa zarówno w operetkach, jak i w operach.

Tymczasem w Odessie Sasza wyrasta na Aleksandra Olszanieckiego, który już mając lat kilkanaście zaczyna grać w orkiestrze Opery Odeskiej, wraz z którą przemierza całą Rosję (w tym Syberię) w trakcie wielkiego turneé. Po powrocie do Odessy Olszaniecki zostaje chórmistrzem w objazdowej Operetce Rosyjskiej.

Gdybym pisała przyzwoitą fikcję, drogi Izy i Aleksandra musiałyby się tu przeciąć (i prawdopodobnie rozkwitnąć wielkim uczuciem na poboczach), jednak życie miewa scenariusze dużo ciekawsze. Zbliża się Wielka Wojna, Olszaniecki zostaje więc powołany do carskiego wojska. Wkrótce, jako kapelmistrz pułku, zostaje wysłany do Mandżurii, gdzie stacjonować będzie w Harbinie. Iza Kremer tymczasem po dwunastu latach wraca do Odessy, gdzie wychodzi za mąż za (dwa razy od siebie starszego) znanego nam już Izraela Hejfeca. Śpiewa w Operze Odeskiej i w moskiewskim Teatrze Bolszoj, z operami, operetkami i koncertami jeździ po kraju i Europie, jednak coraz bardziej czuje, że jej głos nie do końca jest głosem operowym.

W Odessie państwo Hejfecowie obracają się w artystycznym towarzystwie. Wśród znajomych Izraela byli między innymi Mark WarszawskiSzolem AlejchemMendele Mojcher Sforim. To ten ostatni zapoznał Izę z Chajimem Nachmanem Bialikiem, człowiekiem, który zmienił życie Izy i pozwolił powstać tej historii. To dzięki niemu Kremer zaczęła kolekcjonować żydowskie piosenki ludowe. Z czasem zaczęła też włączać je do swojego koncertowego repertuaru. Prawdopodobnie była pierwszą kobietą, która zaśpiewała ze sceny piosenkę w jidysz. Do tej pory był to przywilej mężczyzn (głównie zresztą kantorów).

Iza Kremer
Iza Kremer (zdjęcie z Internetu)

W ten sposób Iza Kremer została pierwsza na świecie śpiewaczką jidysz. Na jej koncerty ciągnęły tłumy, stała się modna wśród żydowskich intelektualistów, a śpiewanie piosenek bardziej klasycznych oraz włączanie do repertuaru utworów ludowych w innych językach, zdobywało jej także nieżydowską publiczność. W 1917 roku urodziła córkę, Tusię, a sama dalej jeździła w trasy. Tymczasem sytuacja w Rosji stawała się coraz bardziej nieprzyjemna, zwłaszcza dla wspierających Aleksandra Kiereńskiego Hejfeców (oraz Kremerów, bo rodzice Izy dawno już mieszkali w Odessie). Rewolucja październikowa zastała Izę w Konstantynopolu, podczas gdy odeski majątek jej męża został skonfiskowany, a on sam aresztowany. Wciąż koncertując, Kremer zorganizowała wyjazd z ZSRR swoich rodziców, córki i jej guwernantki, a następnie za sporą sumę wykupiła z więzienia Izraela. W całości rodzina spotkała się ponownie dopiero w 1920 roku w Polsce. Przez jakiś czas Hejfecowie mieszkali w Berlinie, następnie przenieśli się do Paryża.

Iza nadal jeździła po Europie z koncertami, jednak coraz silniej odczuwalny antysemityzm skłonił ją w końcu najpierw do wizyt, a następnie do emigracji do Stanów Zjednoczonych. Mamy i my, Polacy, swój udział w tej decyzji, przynajmniej tak to zapamiętała sama Kremer. Otóż w roku 1922 miała zaplanowane trzy koncerty w Filharmonii Warszawskiej. Po przyjeździe dowiedziała się, że na skutek gróźb Stowarzyszenia Patriotów nie może na nich śpiewać piosenek w jidysz, na które zresztą jej (w większości żydowscy) widzowie bardzo czekali. Po wyjaśnieniu powodów, wobec licznych protestów środowiska żydowskiego, zaplanowano czwarty koncert, który jednak nie odbył się ze względu na antysemickie rozruchy przed filharmonią i groźby śmierci wobec samej artystki. Nie wiem na ile to prawda, nie znalazłam informacji w polskich źródłach, ale też nie szukałam ich, zdając się na pamięć Izy, która swoją opowieść ubarwiała tajemną nocną ucieczką z Warszawy i te wspomnienia podawała jako jedną z głównych przyczyn wyjazdu do Ameryki.

Tymczasem Aleksander Olszaniecki stacjonujący w Harbinie (który, dla przypomnienia, znajduje się w Mandżurii i jest wówczas całkiem młodziutkim rosyjskim miastem) spotyka ni mniej ni więcej, tylko żydowską trupę teatralną. Tam zaczyna nieśmiało komponować piosenki i dyrygować, a kiedy szef grupy wyjeżdża do Stanów, sam zajmuje jego miejsce. Przez jakiś czas Olszaniecki pracuje w Azji — odbywa między innymi z rosyjską operetką turnee po Syberii, Japonii, Chinach i Indiach. Kiedy po powrocie do Harbinu w 1922 nie zastaje „swojego” teatru jidysz, decyduje się na emigrację do USA gdzie mieszka jego wuj (oraz przyszły teść, ale to już zupełnie inna historia).

Jacob Jacobs
Jacob Jacobs (zdjęcie z Intenetu)

W ten sposób zawiozłam już do Ameryki wszystkich głównych bohaterów naszej historii. Ale co działo się przez ten czas z małym Jakubem Jakubowiczem (o którym zdążyłyście już pewnie zapomnieć)? kiedy wyemigrował do Ameryki miał 14 lat. W USA pracował najpierw w fabrykach, potem wyuczył się na krawca. W wieku 17 lat dołączył do chóru w teatrzyku wodewilowym. W niedziele wodewile nie mogły pokazywać sztuk, więc w programie były piosenki i kuplety. Tak zaczynał Jakub. Rok później został zatrudniony jako aktor wodewilowy, po kolejnych trzech zagrał swoją pierwszą rolę w „prawdziwym teatrze”, a potem już poszło szybko. Kolejny rok zajęło mu zostanie dyrektorem jednego z teatrzyków, a niedługo później współprowadził teatr w Harlemie.

Wkrótce stanie się ważną figura na Drugiej Alei, autorem sztuk, musicali i słów piosenek, a gdzieś po drodze z Jakuba Jakubowicza zostanie Jacob Jacobs. O Jacobsie może mało kto słyszał, ale za to chyba wszyscy kojarzą jeden z jego hitów: napisaną do komedii muzycznej w jidysz pt. Men Ken Lebn Nor Men Lost Nisht (I Would If I Could) piosenkę Bei Mir Bistu Shein do której muzykę skomponował Sholom Secunda.

W tym samym czasie Aleksander Olszaniecki zostaje Alexandrem Olshanetskym. Po krótkim romansie z teatrem kubańskim w Hawanie wraca do Nowego Jorku, gdzie wykorzystuje harbińskie doświadczenia i bierze się znów do komponowania piosenek. Wkrótce staje się szeroko poważanym muzykiem i kompozytorem. A skoro mamy już Drugą Aleję, żydowskiego autora i żydowskiego kompozytora, to wystarczy znaleźć jakąś rozpoznawalną żydowską gwiazdę i sukces przedstawienia murowany.

Oczywiście, panowie wpadli na ten sam pomysł. Był rok 1930. Iza Kremer, która swój pobyt w USA rozpoczęła szeroko oklaskiwanym debiutem w Carnegie Hall, przez te osiem lat nie próżnowała. W 1927 zadebiutowała w wodewilu. W tym samym roku na jej występy w Orpheum przychodziło 35000 osób tygodniowo. Wciąż też koncertowała: jeździła w trasy z piosenkami ludowymi różnych nacji (śpiewała angielskie, francuskie, niemieckie, polskie, włoskie i rosyjskie), choć jej wyróżnikiem były piosenki żydowskie w jidysz. Koncertowała w Amerykach i Afryce, jeździła też na turnee do Europy i Palestyny. W 1936 śpiewała piosenki w jidysz w nazistowskim Berlinie.

W przeciwieństwie do większości innych żydowskich artystów i artystek nie otarła się jednak o Żydowski Broadway Drugiej Alei. Aleksander i Jakub postanowili to zmienić. opowieść głosi, że wcale nie było łatwo namówi Izę Kremer do występu w ich musicalu Dos lid fun getto (Pieśń z getta). Panowie uciekli się do przekupstwa: napisali jej piosenkę o rodzinnym mieście.

Piosenka ta nazywała się Mayn shtetele Beltz.

Iza nigdy nie nagrała jej na płytę. Zamiast niej zrobili to inni. Była śpiewana miliony razy, w setkach wersji, przez tysiące wykonawców. Została nie tylko hitem, osiągnęła więcej: stała się piosenką ludową. Dlatego teraz zostawiam Izę (która wraz ze swoim drugim mężem pojedzie wkrótce do Argentyny, gdzie nie polubi jej Peron), Jacoba i Alexandra, a zajmuję się samą piosenką.

Ta pierwsza i podstawowa jej wersja to wspomnienie miasteczka dzieciństwa. Pamiętajmy, że i Jacobs, i Kremer wyjechali ze swoich rodzinnych miast, mając lat kilkanaście. Majn sztetełe Bełz jest więc wspomnieniem dziecinnych śmiechów, biegania nad rzekę i czytania książki pod drzewem. Biednego pokoiku, szabasów dzieciństwa, posadzonego kiedyś drzewa i znów wspólnego śmiechu. Już w tym miejscu widzimy dokładnie, że ten obraz nie ma wiele wspólnego z Bielcami z dzieciństwa Izy. Może trochę z tym jak ze swoją rewolucyjną świadomością, wyobrażała sobie życie biedniejszych warstw społecznych. Ale, tak naprawdę, widzimy tu pewnie wspomnienia Jacoba Jacobsa z jego dzieciństwa w austrowęgierskim sztetlu.

To, oczywiście, zupełnie nieistotne. Są lata trzydzieste i wielka publiczność żydowska w Ameryce wzdycha z bólem na słowa drugiej zwrotki o zarośniętym mchem domu, wybitych oknach i pochyłych ścianach. O domu, którego już nie daliby rady rozpoznać. Ta wizja pewnie jest równie bliska Izie, choć w jej przypadku mogłoby chodzić o całkiem bogate mieszkanie w kamienicy, a nie domek w prowincjonalnym miasteczku. Ale właśnie dzięki tej, wspólnej dla tak wielu osób, tęsknocie za domem, za Europą, za krajem dzieciństwa i śmiechu.

W latach trzydziestych piosenka obiegnie cały świat. Z łatwością dotrze do Europy, do krajów o których mówi: przecież i tam młodzi Żydzi wyjeżdżają ze swoich miasteczek, jadąc do wielkich miast. Przecież i z tamtąd emigrują w poszukiwaniu lepszego życia. Razem z nimi Majn sztetełe Bełz rozjedzie się po całym świecie. Bardzo szybko też zapomnieni zostaną jej autorzy i piosenka powoli przemieni się w „tradycyjną”.

Trafiłam na bardzo ciekawy artykuł pokonferencyjny mówiący o przypisywaniu autorstwa pieśni żydowskich, gdzie Majn sztetełe Bełz wymieniane jest wraz z Majn jidisze mame (to też piosenka, której historię warto prześledzić), jako przykłady piosenek, które do śpiewników chasydzkich trafiły tylko dzięki temu, że ich autorstwo przypisywane bylo znanym kantorom czy poważanym chasydzkim śpiewakom — najlepiej ze „starego kraju”, a nie amerykańskim autorom rozrywkowym (w przypadku tej drugiej piosenki na dodatek piszącym po angielsku). To samo, choć z innych powodów, spotykało nader często piosenki żydowskie pisane przez kobiety.

Ponieważ kolejny wpis chcę przeznaczyć na karierę naszej piosenki w Polsce, przyjrzyjmy się tu jeszcze przez moment  kilku najciekawszym wersjom jidysz, na które trafiłam przy poszukiwaniach. Miałyśmy już wersję z grubsza tradycyjną i wersję chóralną. Niżej bardzo piękna wersja musicalowa, taka która pozwoliła mi łatwiej wczuć się w rodowód tej piosenki:

Jeśli chcemy wrócić do korzeni, możemy też posłuchać wersji z roku 1947. Śpiewa zespół sióstr Barry (które na drugiej stronie tej płyty śpiewają z Petem Seegerem), bardzo popularnych w latach 1940-1960. Możemy też, zupełnie znienacka, trafić na wersję strasznie przeze mnie lubianego aktora Mandy’ego Patinkina (tak, tego z Princess BrideHomeland i Criminal Minds).

Jeśli chcemy sprawdzić co z naszą melodią wyczynia współczesna kultura popularna, sięgnąć możemy po wersję Mayi Saban z projektu Jewdyssee. Albo — jednak nie oprę się przed wrzuceniem polskiego akcentu — wersję Niny Stiller. Nie są to moje ukochane podejścia do tej melodii, przede wszystkim dlatego, że melodię gdzieś po drodzę trochę gubią.

Z drugiej strony mamy wykonania, które eksplorują własnie melodię. Weźmy choćby Klezmer Company i ich występ na ¡JubanoJazz! z Grahamem Fandrei: mamy tu przede wszystkim piosenkę Es Brent, z której muzycznie (a przecież i tekstowo) wypływa Majn sztetełe Bełz, nawet już nie śpiewane. Albo na przykład ten kawałek zespołu Via Romen: Arkadiy Gips wirtuozersko na skrzypcach i (nie mniej wirtuozersko) Vadim Kolpako na siedmiostrunnej gitarze doskonale pokazują dlaczego Olshanietsky’ego uważa się za kompozytora, który do popularnej muzyki amerykańskiej wprowadził elementy muzyki cygańskiej.

A że w kolejnej części skupimy się na polskiej karierze Miasteczka Bełz, no koniec mały przedsmak:

Uwagi:

W większosci przypadków używam transkrypcji bezpośrednio z jidisz na polski, co daje nam tytuł wersję Majn sztetełe Bełz, choć bardziej poprawna byłaby może wersja z Bełc na końcu, jednak ujednoliciłam ją do tej aby nie wprowadzać komplikacji. Angielską transkrypcję stosuję tylko raz, podając tytuł piosenki po raz pierwszy: zapisany jako Mayn shtetele Beltz, czyli w najczęstszej wersji, kiedy tytuł odnosi się do mołdawskich Bielc (w tekstach angielskich częsty jest też zapis nazwy: Belts).

Więcej szczegółów dotyczących nazwy miasta planuję umieścić w kolejnej części wpisu.

Przypisy:

A man out of his time (3/3)

Dziś po raz trzeci i ostatni wracam do omówienia świątecznego odcinka SherlockaThe Abominable Bride. Poprzednie części znajdziecie tu i tu.

Tym razem spróbuję dobrać się głębiej (jeszcze głębiej?) do umysłu Sherlocka i wysnuję kilka niczym niepopartych teorii interpretacyjnych i jeszcze trudniejszych do dowiedzenia tez.

A że już kończymy, chętnie też dowiem się, co sądzicie o moich interpretacjach.

Sherlock.The.Abominable.Bride.1080p.HDTV.x265-LGC.mkv_snapshot107

Czytaj dalej A man out of his time (3/3)

A man out of his time (1/3)

Na świąteczny odcinek Sherlocka czekałam z niecierpliwością od kiedy tylko zobaczyłam pierwsze zdjęcia aktorów w wiktoriańskich ubraniach. Moje nadzieje rosły wraz z kolejnymi wieściami, a w okolicy pojawienia się trailera osiągnęły takie wyżyny, że zaczęłam się obawiać. Logicznie rzecz biorąc przy tak wielkich oczekiwaniach wobec odcinka nie tak bardzo przecież lubianego serialu powinnam doznać zawodu. Na szczęście jednak Sherlock z logiką nigdy nie miał wiele wspólnego i z kina wyszłam zachwycona.

Sherlock.The.Abominable.Bride.1080p.HDTV.x265-LGC.mkv_snapshot12

W związku z czym tekst będzie bardzo długi i bardzo spoilerowy, a jeśli nie oglądałyście jeszcze The Abominable Bride i zastanawiacie się, czy warto, ograniczcie czytanie do poniższego akapitu:

Odcinek można teoretycznie umieścić między 3 a 4 serią Sherlocka, nawiązuje on do trzech poprzednich serii, ale zrozumiały będzie również dla tych, którzy widzieli tylko dwie pierwsze. Bez tego zabawa może być dużo słabsza. Poza tym, odcinek jest przezabawny, miejscami trochę dziwny, bardzo inteligentnie pomyślany i zawiera tony nawiązań do Holmesów tego świata. Nie zawiera za to specjalnie ciekawej zagadki kryminalnej, nadrabia za to klimatem i urodą zdjęć oraz wiktoriańskim Londynem. Także idźcie oglądać, nie dajcie się namawiać.

I to tyle ile jestem w stanie bez spojlerów, bo mnóstwo rzeczy buzuje we mnie i bulgocze i usiłuje się wydostać na zewnątrz.

Holmes: Good afternoon. I’m Sherlock Holmes, this is my friend and colleague Dr. Watson. You may speak freely in front of him, as he rarely understands a word.

Czytaj dalej A man out of his time (1/3)

They call this Christmas where I’m from

Patronami dzisiejszego wpisu, który powstał na wyraźne życzenie, są Dropkick Murphies śpiewający Season upon us. Pisałam już o niej kiedyś, dzisiaj tylko zwrócę uwagę na wers „With family like this, I would have to confess | I’d be better off lonely, distraught and depressed”.

Zamiast być lonely, distraught and depressed możemy po prostu nawiązać długoterminowy związek z brytyjską telewizją (i radiem). Jeśli długoterminowy związek nam nie odpowiada, krótki okołoświąteczny romans jest również doskonałym pomysłem. Ja już od kilku lat Wigilię spędzam w towarzystwie lubianych krewnych i znajomych obżerając się z wielką przyjemnością, a resztę świąt wykorzystuję na tulenie się do Męża, oglądanie filmów i seriali, czytanie książek oraz słuchanie radia. Niestety nie wszystko to da się robić jednocześnie, ale wciąż próbuję.

Wiem że większość z Was, którzy tu zaglądacie, dostanie w prezencie książkę albo płytę. Możliwe, że kilka, albo po kilka. Na płytach może będą filmy, może seriale, może muzyka. Ale gdyby Wam jednak zabrakło świątecznego dobra, poniżej krótka lista programów, które chciałabym zobaczyć w okolicy świąt.

przed świętami

W specjalnym notesie wypisałam sobie dwie strony już tydzień temu. Była tam i Msza za miasto Arras (15 grudnia na Kulturze, ale mają być powtórki — warto uważać), nowy dwuodcinkowy sezon Luthera (który rozpoczął się też 15 grudnia), piątkowe (18 grudnia) Text Santa na ITV (z tradycyjnym skeczem z Downton Abbey) oraz Andrea Chenier z Royal Opera House (do obejrzenia tu) i sobotnie (20 grudnia) The Sound of Music Live również na ITV.

[godziny podaję poniżej wg czasu Greenwich]

Jutro (wtorek, 22 grudnia) czeka nas drugi i ostatni odcinek Luthera (BBC 1, 21:00) i bardzo przeze mnie wyczekiwana fabularyzowana historia powstania sitcomu Dad’s Army (coś jak An Adventure in Space and Time dla Doctora Who): We’re Doomed! The Dad’s Army Story również o 21:00, tyle że na BBC 2. Również jutro, w BBC Radio 4, 30 minut o jednej z moich ukochanych świątecznych piosenek, czyli odcinek Soul Music poświęcony „Fairytale of New York” The Pogues (o 11:30, powtórka w drugie święto, do wysłuchania na stronie).

W środę pierwszy ze świątecznych odcinków tego sezonu, Detectorists Christmas Special (23 grudnia, 22:00, BBC4). Detectorists to dość specyficzny serial komediowy o dwóch facetach szukających skarbów życia poprzez łażenie z wykrywaczami metalu i dużo marzeń.

Prawdziwa zabawa w brytyjskiej TV zaczyna się dopiero w święta, więc nasza Wigilia jest stosunkowo bezpieczna, ale gdybyście przypadkiem skończyli wieczerzę wcześniej i musieli się koniecznie uspokoić, polecam włączyć BBC 4 (24 grudnia, czwartek, 20:00). W planie jest specjalny odcinek ichniego cyklu Slow TV. Odcinek jest świąteczny, czeka nas zatem dwugodzinna przejażdżka saniami zaprzężonymi w renifera przez arktyczne pustkowia: All Aboard! The Sleigh Ride.

"Msza za Miasto Arras" w wykonaniu Janusza Gajosa jest z pewnością jedną z najlepszych rzeczy, które może zaoferować polski teatr.
„Msza za Miasto Arras” w wykonaniu Janusza Gajosa jest z pewnością jedną z najlepszych rzeczy, które może zaoferować polski teatr.

25 grudnia (piątek)

Pierwsze Święto można spędzić w całości z BBC, chyba że jesteśmy fankami Dawnton Abbey, którego ostatni odcinek nada ITV właśnie w Christmas Day (20:45). Jeśli nie, zwracamy uwagę ku znanemu i kochanemu BBC.

Dzień możemy zacząć nawet o 7:45, siadając do BBC Radio 4 i słuchając Christmas Is a Sad Season for the Poor, świątecznego opowiadania Johna Cheevera czytanego przez Martina Freemana. Na szczęście dla mnie, można będzie go wysłuchać jeszcze przez miesiąc, nie muszę więc się zrywać bladym świtem. Ale gdybym się jednak zerwała, to już chwilę później, o 8:30, na tej samej stacji Jeremy Irons przeczyta pierwszą część Old Possum’s Book of Practical Cats T. S. Eliota. Jeśli będziecie spać dłużej, możecie posłuchać jej jakoś przed częścią drugą, którą puszczą o 12:15 (BBC Radio 4).

Do telewizji siadamy o 16:45, w samą porę na Stick Mana, adaptację kochanej przez Brytoli książeczki dla dzieci. Dlaczego oglądamy animacje dla dzieci? Przede wszystkim dlatego, ze są urocze, ale jeśli ten powód Wam nie wystarcza, wśród aktorów głosowych w Stick Manie znajdują się m.in. Martin Freeman, Russel Tovey, Hugh Bonneville i Sally Hawkins (BBC 1, 16:45).

Bezpośrednio potem zostajemy przed ekranami i oglądamy świąteczny odcinek specjalny Doctora Who. W tym roku będziemy świadkami powotu River Song i jej pierwszego spotkania z Dwunastym Doktorem. Czekam z niecierpliwością zarówno ze względu na to, że mam nadzieję na porzucenie poważnych i ponurych tonów tej serii i trochę starej dobrej zabawy, jak i dlatego że Alex Kingston i Peter Capaldi mogą grać do siebie naprawdę świetnie. The Husbands of River Song w BBC 1 o 17:15.

Na wieczór czeka nas trudna decyzja. O 19:30 BBC 1 nada świąteczny odcinek Call the Midwife, a BBC 4 Carmen, balet z Royal Opera House, który jest jednym z przedstawień pożegnalnych Carlosa Acosty. Wybór będzie trudny.

Mężowie River Song, czyli czekam z radością.
„Mężowie River Song”, świąteczny odcinek „Doktora Who”, czyli czekam z radością.

26 grudnia (sobota)

Boxing Day, czyli Drugie Święto, to przede wszystkim start dwóch nowych seriali, ale nie uprzedzajmy faktów.

Dzień zaczynamy o 14:25, oglądając godzinny dokument o studiu animacji stojącym za sukcesem Wallace’a i Gromita, baranka Shauna i wielu innych. W A Grand Night In: The Story of Aardman Julie Walters opowie nam historię Aardman Animations, a wśród gości usłyszymy kilku przypadkowych aktorów głosowych ze studiem współpracujących, wymieńmy dla przykładu  Davida Tennanta, Hugh Granta i Martina Freemana (BBC 1, 14:25).

Jeśli nie pasjonują was filmy dokumentalne o animacjach (jak możecie?!), włączcie radio o 14:30. W naszym ulubionym BBC Radio 4 posłuchamy The Bed-sitting Room, nieco surrealistycznej postapokaliptycznej sztuki o ponuklearnowojennym Londynie. W obsadzie m.in. Bernard Cribbins, Catherine Tate i Derek Jacobi (BBC Radio 4, 14:30).

Pierwsza z naszych serialowych premier zaczyna się o 19:00 na BBC 1. Dickensian to projekt, w którym spotkać się mają na 20 półgodzinnych odcinków bohaterowie różnych powieści Charlesa Dickensa. Dostaniemy ponoć trochę dickensowskich historii i zupełnie nową fabułę je łączącą. Drugi odcinek jeszcze tego samego dnia o 20:30 (BBC 1, 19:00 i 20:30).

O 20:00 wielbiciele Piotrusia Pana włączają ITV. Nowa wersja starej historii, tym razem przenosi opowieść do współczesności, ale za to pochwalić się może Stanleyem Tuccim w roli kapitana Haka (ITV, 20:00).

Najbardziej wyczekiwana przeze mnie nowość tych świąt to na pewno And Then There Were None wg najlepiej się sprzedającej i pewnie najsłynniejszej powieści Agathy Christie (znanej też jako Ten Little Niggers, Ten Little Indians i Ten Little Soldiers). Najnowsza adaptacja ma szanse dość łatwo zająć miejsce adaptacji domyślnej, bo mimo wielu filmowych wersji historii, mało która jest rozpoznawalna. Za scenariusz odpowiada Sarah Phelps (scenarzystka m.in. The Crimson FieldThe Casual Vacancy), a wśród aktorów mamy Charlesa Dance’a, Annę Maxwell Martin, Toby’ego Stephensa, Mirandę Richardson, Aidana Turnera i mojego ukochanego Burna Gormana. Czekam bardzo (BBC 1, 21:00)

And-Then-There-Were-None-Homepage-Header
„And Then There Were None” — będzie mrocznie i kostiumowo. Czego chcieć więcej?

27 grudnia (niedziela)

Święta mamy w tym roku nieco przedłużone tą niedzielą, a że tradycyjnie świąteczna ramówka w Wielkiej Brytanii trwa co najmniej do 1 stycznia, to w tym roku po prostu więcej zabawy mamy w niedzielę.

Zaczynamy o 18:00 kolejną ekranizacją książki dla dzieci, tym razem Fungus the Bogeyman. Jest to też jedyna gościnna rola kanału Sky 1 w mojej świątecznej ramówce. Nie mogłam się jednak powstrzymać, bo w obsadzie oprócz Timothy’ego Spalla mamy m.in Keeley Hawes i Marc Warrena (Sky 1, 18:00).

Kolejne dwa odcinki Dickensian BBC 1 nada o 19:30 i 20:30, a drugi odcinek And Then There Were None na tym samym kanale o 21:00.

Na ITV z kolei obejrzymy w niedzielę film Harry Price: Ghost Hunter. Jak sama nazwa wskazuje bohaterem jest łowca duchów (i łowca fałszywych mediów), całość dzieje się w Londynie w latach 20., a główną rolę gra Rafe Spall. Całość w bardzo dobrej telewizyjnej obsadzie (m.in. mój ulubiony ostatnio Tom Ward) i z bardzo dobrymi fachowcami zaróno na stołku reżysera, jak i scenarzysty daje nadzieję, że przy dobrej oglądalności i recenzjach dorobimy się kolejnego miłego serialu (ITV, 20:30).

Tutaj, niestety, znów musimy wybierać, bo o 21:00 na BBC 4 Gypsy: Live from the Savoy Theatre. Bardzo głośne w tym roku londyńskie wystawienie musicalu Stephena Sondheima i Jule’a Styne’a. W roli głównej doskonała (wedle wszelkich recenzji) Imelda Staunton, na drugim planie m.in. Lara Pulver i Peter Davison (BBC 4, 21:00).

Gypsy
Imelda!

po świętach

Żeby już się nie rozpisywać, dodam jeszcze kilka ciekawostek z kolejnego tygodnia. Obejrzymy kolejne odcinki And Then There Were None (BBC 1, 28 grudnia, poniedziałek, 21:05) i Dickensian (BBC 1, 1 stycznia, piątek, 20:30).

W poniedziałek jako miłośniczka sztuki, dokumentów i Michaela Palina (niekoniecznie w tej kolejności) chciałabym obejrzeć Michael Palin’s Quest for Artemisia czyli dokument o XVII-wiecznej włoskiej malarce, Artemisii Gentileschi (BBC 4, 28 grudnia, 21:00). O tej samej porze we wtorek odcinek A Life on Screen o naszym ukochanym Stephenie Fry’u (BBC 2, 29 grudnia, 21:00).

No i coś na co wszyscy czekają w pierwszy dzień nowego roku (nie, jeszcze nie Sherlock): coroczny koncert filharmoników wiedeńskich. Szczerze mówiąc nie wiem, która z polskich stacji go nada, o której godzinie i czy przetną go na pół, wiem za to, że BBC 2 (i BBC 4) planują go na 11:15 (1 stycznia, oczywiście). A o 21:00 świąteczny odcinek Sherlocka BBC, The Abominable Bride. Tym razem nasi dzielni detektywi wrócili do wiktoriańskiej Anglii, gdzie ich miejsce, wciąż jednak zachowując klimat serialu i mocno nawiązując do „normalnych” odcinków (a także do innych klasycznych ekranizacji Holmesa). Myślę, że właśnie ten christmas special jest powodem dla którego obejrzałam całego Sherlocka (BBC 1. 1 stycznia, 21:00).

The Abominable Bride
„Sherlock: The Abominable Bride” będzie również wyświetlany 7 stycznia w polskich kinach.

PS. Ja w tym roku znajdę pod choinką pierwszy tom Dzieł (niemal) wszystkich Przybory. Wiem, bo sama go sobie kupiłam.

Starszy Pan B

Jeremi Przybora

Z dzieciństwa pamiętam doskonale jego słowa.

Mieszkając z rodzicami w jednym pokoju i mając pamięć nadmiernie pojemną, zwłaszcza wobec słów rymowanych i w dobrym rytmie, znałam je jeszcze zanim nauczyłam się czytać, nie wspominając nawet o zrozumieniu. Rodzice (z dużą dozą wrodzonej złośliwości) bawili się doskonale obserwując kilkulatkę fałszującą z radością coraz to kolejne świntuszenia.

Co tu zresztą dużo mówić, czytać nauczyłam się rózniez dzięki tym słowom.  kiedy kilkuletnia ja zapragnęłam w końcu zrozumieć przynajmniej odrobinę rozpoczęłam od analizy Tanga Rzepicha.

— Mamo, dlaczego naród się nie ochrzcił? Jak się chrzci naród?

— Mamo, dlaczego nie pości w piątki? Potem będzie pościł? Dlaczego w piątki?

— Mamo, co to pro… proto… protoplasta? I, właściwie, co to knieja?

— Mamo, czemu Wanda dyszy w Wiśle?

Gdzieś w okolicy „Mamo, dlaczego w kiszkach myszy? Kim był Popiel?”, moja cierpliwa Mamusia stwierdziła, że jak się nauczę czytać, to dostanę książkę z legendami polskimi i sobie przeczytam. Dzięki temu sprytnie uniknęła tłumaczenia dlaczego Rzepicha ma iść w jego ramion moc, a ja postanowiłam nauczyć się czytać. Nauczyłam się, ale nie pamiętam, czy dostałam do przeczytania książkę z legendami.

Pamiętam za to dokładnie błękitne książeczki „Piosenki, które śpiewałem sam lub z Przyjacielem” i „Piosenki, które śpiewali inni”. Obie miały na okładce duże pęknięte jak balonik „P” i były totalnie zaczytane już wkrótce, bo miały w środku słowa. Nie żebym je wtedy rozumiała, ale były piękne.

Przybora

Były wczesne lata dziewięćdziesiąte, rozpoczynałam podstawówkę i zaczynałam dowiadywać się, że nie wszyscy lubią i cenią to samo. Okazało się, że nie wszyscy zostali w dziecięctwie zainfekowani muzyką kabaretową międzywojnia, polskimi przekładami rosyjskich, francuskich, czeskich i kanadyjskich bardów, albo powojennymi piosenkami kabaretowymi ze Szpaka, Dudka czy wreszcie Kabaretu Starszych Panów.

Miałam za to wspaniałą platformę porozumienia z rodzicami. Z Ojcem czekaliśmy w sporej kolejce na poczcie w Bukowinie Tatrzańskiej, bo musieliśmy koniecznie zadzwonić do domu, żeby przyjeżdżająca później Mamusia przywiozła ze sobą słowa Ciszy leśnej, bo nie wszystkie dawaliśmy radę odtworzyć z pamięci. Z Matką, kilka lat później, mogłyśmy grać w teksty: wymyślasz temat, przedmiot albo czynność i szukasz piosenki z KSP (albo piosenki Przybory), która go choćby wspomina. Prawie nie ma tematów, do których nie da się znaleźć tekstu.

Nie było dla mnie ratunku, nawet kiedy dostałam już własny pokój. Dzięki temu w szkole byłam co prawda dość samotna, ale miałam za to więcej czasu na czytanie, słuchanie i próby rozumienia. Również tych słów.

Dzięki nim uczyłam się o świecie i życiu więcej niż od dorosłych. Nikt mi nie powiedział, że one nie po to powstały. Wyrastałam więc powoli dowiadując się, że kadencja premiera Cyrankiewicza przeciągała się ponad wszelką miarę, że nieznani sprawcy podrzucają czasem hrabinę Tyłbaczewską, że jemiołuszki przylatują spędzić z nami zimę, że należy uważać na żeberka od kaloryferów luzem, że Spinoza to był filozof wzięty i że w Balladynie postaci śpiewają. Nie wszystkie z tych informacji okazały się równie prawdziwe i równie przydatne, ale wrastały we mnie i zostawały.

Wkrótce potem zrozumiałam co to oznacza, że twórczość autora słów można podzielić na a) erotyczną i b) wszelką inną i że część a) jest zdecydowanie większa od b). Był więc Przybora (razem z Brassensem, co powinno sprawić mu przyjemność) pierwszą osobą, która mówiła mi o intymności, seksie i erotyce. Słuchałam wtedy po raz niewiadomoktóry słów, które znienacka okazywały się strasznymi świństwami. Świństwami bardzo pięknymi zresztą. To u Przybory pierwszy raz w życiu usłyszałam o homoseksualizmie, to przez niego zaczęłam się zastanawiać nad związkami.

Następnie przyszedł moment, kiedy dowiedziałam się, że akurat on to nienajlepszy autorytet w kwestii związków. Był więc Przybora pierwszym z moich autorytetów, którzy okazali się „tylko” ludźmi. Był pierwszym, przy którym rozważałam rozdzielność słów i ich autora. Do tej pory pamiętam miejsca, w których czytałam jego memuary. Trzy duże, piękne tomy w twardej oprawie.

Potem już tylko szukałam możliwości, żeby posłuchać tego pięknego, kulturalnego głosu z leciutką nutą ironii w tle i wsłuchać się w słowa. Język Przybory jest dla mnie chyba najpiękniejszym językiem polskim, jaki znam. Jest przyczyną, dla której jestem niesamowicie do ojczystego języka przywiązana. Jest tym niedoścignionym wzorem, do którego należy dążyć.

Przy całej lekkości jego twórczości, sposób w jaki używa słów sprawia, że po plecach przebiega mi dreszcz. Oczywiście, że tak nie umiem i pewnie nigdy nie będę umiała, ale samo słuchanie i analizowanie tej frazy jest radością. Te wszystkie „i miast bym szczęście w górze snuł, po klucz jam zaczął schodzić w dół”, te „choć inwektywą żywą nie chcesz chlustać”, te „kto rąk nie chce kalać, zań je pokala tani drań”. Ten język wrył mi się w synapsy i siedzi tam przyczajony, czekając tylko na okazję, żeby się wyrwać na wolność. W tym języku jestem zakochana.

Oczywiście uwielbiam też przyborowskie poczucie humoru. Leciutko obrazoburcze, mocno absurdalne i bardzo nieprzyzwoite. Do tej pory zdarza mi się słuchać KSP i odnajdywać nowe, ukryte przede mną, żarty. Przywilej istoty, która znała tekst, zanim w ogóle pojęła, że da się go zrozumieć.

Ale to właśnie słowa zostaną we mnie na zawsze.

Słowem zburz,
Słowem stwórz
Mnie od nowa. 

Tonąć chcę,
Płonąć chcę
W twoich słowach…

PS. Dziś autor słów, Jeremi Przybora, wchodziłby w drugi wiek (bardzo długowieczna rodzina – gdyby żyła). Posłuchajcie z tej okazji którejś z piosenek do jego tekstów.

fot. Mikołaj Grynberg

Benedict, książę duński

Tłumy fanów i miłośniczek Szekspira wypełniły trzy sale w kinie Atlantic, jedną w kinie Praha, kolejne w innych kinach polski i następne w wielu kinach Europy i świata. W Londynie w samym teatrze Barbican poza szczelnie wypełnioną salą publiczność oglądała sztukę na trzech telebimach. Wszystko to żeby zobaczyć na żywo przedstawienie Hamleta, na którego bilety wyprzedały się w rekordowo krótkim czasie.

barbican

Wszystko to prawda, tylko nie cała i nie całkiem.

Nie całkiem, bo znacząca część tych fanów i miłośniczek poszli do kina i teatru nie dla Szekspira, ale dla aktora grającego główną rolę, bo to jego uwielbiają nad życie. I, powiedzmy to od razu, nie ma w tym fakcie nic złego. Zdecydowanie bardziej zrozumiała wydaje się gorąca miłość do (żyjącego) aktora w szczycie kariery, niż do (zdecydowanie martwego) klasyka dramatu, który mógł wcale nie istnieć. Przerabiałyśmy to już zresztą przy okazji Koriolana z Tomem Hiddlestonem. Można przyjść na aktora, a wyjść z Szekspirem – magia teatru.

Pytanie podstawowe brzmi, czy i w tym przypadku wychodzimy z Hamletem, czyli jak spektakl Lyndsey Turner daje sobie radę z rozbuchanymi oczekiwaniami. wspomnianych już fanek i wielbicieli.

hr_teaser

Przede wszystkim, było pięknie. W czysto wizualnym sensie. Wielki elsynorski zamek przerobiony na wiktoriańskie gmaszysko. Schody na pół sceny, ogromne drzwi (jestem prostą dziewczyną: dajcie mi ogromne drzwi, będę zachwycona), genialny zabieg tuż przed przerwą, kiedy już na naszych oczach zaczyna się źle dziać. Dokładnie przemyślane również same stroje, włącznie z pięknym kontrastem między pierwszą i ostatnią sceną zbiorową: w tej pierwszej: wszyscy ubrani jasno i tylko książę na czarno – w ostatniej odwrotnie: wszyscy na czarno, a Hamlet w białym stroju szermierczym. Mundury też z pewnością niosły ze sobą jakąś wizję, tylko nie bardzo wiem o co dokładnie chodziło (poza tym, że Ciaranowi Hindsowi jest obłędnie pięknie w militarnym płaszczu).

Świetny pomysł na zmiany dekoracji wprost na oczach publiczności. Do tego wszystkiego sensowne kierowanie światłem i korzystanie z możliwości technicznych (typu zapadnie) i bez trudu w jednej dekoracji mogliśmy zobaczyć dziedziniec zamku, salę bankietową, gabinet i cmentarz. Bardzo ładne granie muzyką i piosenką (Nature Boy już nigdy nie będzie do końca takie samo).

Dekoracje były bardzo efektowne, a scena przed przerwą świetna
Dekoracje były bardzo efektowne, a scena przed przerwą świetna

Nie żeby podobało mi się wszystko jak leci. O ile pomysł na to, żeby te najważniejsze monologi Hamleta działy się w czasie „obok” (kiedy cała sytuacja sceniczna zaczyna rozwijać się w zwolnionym tempie, a tylko książę w strumieniu światła przeżywa swoje wewnętrzne rozterki) był bardzo efektowny, to już wszystkie te sceny z nadmiarem muzyki, światła i rzucania się po scenie były raczej żenujące. Nie za bardzo przemówiło do mnie bieganie po stole (Hamlet, namiętnie), tarzanie się (Klaudiusz, Hamlet, po trochu wszyscy, chyba z obowiązku bo Hamlet bez tarzania byłby niezaliczony) i krzyki (Gertruda). Nie jestem też (jak wiadomo) fanką przenoszenia Szekspira w czasie, ani tym bardziej wykorzystywania losowych (wiem, wiem, że wcale nie losowych) strojów i rekwizytów z kilku ostatnich wieków.

hr_teaser

Ale do rzeczy, do rzeczy! Jaki był ten Hamlet i – co ważniejsze – jaki był ten Hamlet?  Najlepsze będzie tu chyba określenie: nierówny.

Hamlet Benedicta Cumberbatcha stara się uciec przed odpowiedzialnością, czy to do szkoły (co w zasadzie ten niemal trzydziestoletni zgred wciąż robi w szkole?), czy w introspekcje i przeżywanie, czy wreszcie z powrotem w dzieciństwo (żołnierzyki i zabawkowy zamek mówią wprost: ten Hamlet ma być dziecinny). Wielbi ojca-żołnierza (bojąc się, że nigdy mu nie dorówna) i nienawidzi stryja-polityka. Dlatego jego szaleństwo-zdziecinnienie objawia się w mundurach, drewnianych żołnierzykach i wojennych werblach oraz pogardzie do słów (słów, słów). Stąd świetnie wyszły sceny końcowe, kiedy książę z pewnością siebie decyduje się na pojedynek, tak samo dobry był początek z Hamletem powoi podejmującym decyzję. Najgorzej, moim zdaniem, wypadło to co pośrodku. O ile scena ze sztyletem i modlącym się Klaudiuszem (Now might I do it pat) była jeszcze ciekawie, to już np. konfrontacja z Gertrudą (i poprzedzające ją Tis now the very witching hour) zupełnie do mnie nie przemówiła. Nie wspominam już nawet o całkowicie nietrafionych koncepcjach reżyserskich w drugiej połowie sztuki.

Hamlet Cumberbatcha ucieka w dzieciństwo.
Hamlet Cumberbatcha ucieka w dzieciństwo.

Cenię aktorstwo Benedicta Cumberbatcha, również to teatralne (obie wersje Frankensteina i 50-lecie National Theatre) i mam wrażenie że dał z siebie naprawdę dużo. Wciąż jednak jego Hamlet nie był dla mnie wystarczająco spójną postacią, żebym mogła w nią do końca uwierzyć. Co nie znaczy, że nie udało mu się sprawić, że w kilku miejscach się przejęłam (tak, znam Hamleta nieźle, a i tak się denerwuję co będzie dalej, jak ktoś to dobrze zagra). Problem w tym, że Cumberbatch nie bardzo miał do kogo grać, bo zarówno Horacjo, jak i Gertruda byli w tym przedstawieniu mocno średni. Jeśli dodamy do tego nie zawsze trafne decyzje reżyserskie (tak, trochę chcę wierzyć, że niektóre decyzje artystyczne, które mi nie podchodzą pochodziły od reżyserki, nie od aktora), to i postać może być nieco chaotyczna.

Eksperci twierdzą, że patrząc z punktu widzenia odtwórcy głównej roli, Hamlet to tak naprawdę 6 ważnych monologów, a reszta to wypełniacz:

— I want you to think of it in terms of six soliloquies, okay? And count ’em off with me. „O, that this too too solid flesh”. „O, what a rogue and peasant slave am I”. „To be, or not to be”. „Tis now the very witching hour” (that’s a short one, that’s only twelve lines). „Now might I do it pat”. „How all occasions do inform against me”. That’s it. Six. And the rest, as they say, is silence.
— I think there’s some dialogue in between.
— Filler. Nail those six soliloquies, everyone goes home happy.

Jak więc było tutaj? Nierówno. O, that this too solid flesh i O, what a rogue and peasant slave am I zrobiły na mnie duże wrażenie (pomijając może łażenie po stole, ale nie można mieć wszystkiego). To be or not to be i Now might I do it pat podobały mi się z pewnymi zastrzeżeniami, a Tis now the very witching hour i How all occasions do inform against me niezbyt mnie przekonały.

W takim wypadku wypełniacz powinien zaoferować coś więcej, żebym poszła do domu szczęśliwa. I zaoferował.

hr_teaser

Przede wszystkim Klaudiusz.

Jestem prawdopodobnie jedną z bardzo nielicznych osób, która szła na to przedstawienie dla Ciarana Hindsa. Zobaczyć prawie na żywo jednego z moich ukochanych aktorów było niesamowitym przeżyciem. Mówię to od razu, żeby było jasne, że nie macie tu najmniejszej szansy na obiektywność.

Ciaran Hinds był ludzkim Klaudiuszem

Zwłaszcza że na początku bardzo się bałam, bo Klaudiusz Hindsa był nieco zagubiony i zupełnie nie był okrutnym złoczyńcą z wielkim planem. Ten Klaudiusz jest… miękki. Nie zawsze wie co powinien zrobić, waha się, wyraźnie stara się wybrać najlepsze wyjście i (oczywiście) mu nie wychodzi. Ten Klaudiusz brzydzi się przemocą fizyczną, śmiercią i wojną (zabawne jak na bratobójcę). Jest absolutnym przeciwieństwem swojego starszego brata. Jest też dyplomatą i zdaje się naprawdę chcieć wychować Hamleta na swojego następcę. Do czasu, oczywiście.

Przyparty do muru kombinuje, stara się przeżyć, znaleźć wyjście, wygrać – wszystko na naszych oczach. Nie ma przygotowanej wcześniej strategii czy innego genialnego planu. Jest w tym wszystkim bardzo ludzki i tym bardziej przejmujący. Ten Klaudiusz jest taką mniej krwawą Balladyną: jeszcze jedna śmierć, jeszcze jeden podstęp i już będę dobrym królem szczęśliwego kraju.

A wszystko to Hinds zrobił w zgodzie nie tylko z literą, ale i duchem Hamleta. Ta postać zawsze tam była, tylko jakoś do tej pory jej nie zauważyłam. Jak widać, jestem zachwycona i to dla Ciarana Hindsa pójdę na to przedstawienie ponownie. I ponownie. I…
hr_teaserPrawie tak samo dobry był Jim Norton w roli Poloniusza. Poprowadzony niemal czysto komediowo, był jednak nie tylko postacią dającą chwilę oddechu po ciężkich scenach. Ze swoim cudownym talentem komicznym, Norton stworzył postać żałosną, śmieszną, nieco przez wszystkich pogardzaną, ale i odrobinę tragiczną. Poloniusz jest niemalże symbolem tego wszystkiego, czego Hamlet nienawidzi w swoim stryju: to bezmyślny biurokrata z ustami pełnymi frazesów. Jako taki właściwie sam skazuje się na śmierć i jego zgon wydaje się być zarówno nieuchronnym skutkiem dotychczasowych wydarzeń, jak i jedyną przyczyną późniejszych tragedii. To już kolejny raz, kiedy Jim Norton w pobocznej roli ściąga wzrok i kradnie serce (poprzednio był doskonałym Candym w O myszach i ludziach). Mam nadzieję, że doczekam się transmisji z NT z nim w jakiejś główniejszej roli.

Jim Norton kradnie serca
Jim Norton kradnie serca

Warto też oddać sprawiedliwość Karlowi Johnsonowi, który był zaskakująco zwyczajnym (jak na ducha) Hamletem Seniorem oraz naprawdę przebojowym grabarzem. Nie chcę się powtarzać, ale to już druga jego doskonała rólka w cyklu NT Live (poprzednio widzieliśmy go jako ślepego de Lacey’go we Frankensteinie).

Obawiam się, że gdzieś tutaj wyczerpuje mi się zapas aktorskich pochwał. Mogę dodać jeszcze słówko na korzyść Rosenkrantza Matthew Steera, który podobał mi się nieco bardziej od jego przyjaciela Guildensterna (Rudi Dharmalingam).

Nie przekonał mnie za to specjalnie wymachujący pistoletem Laertes (Kobna Holdbrook-Smith), ani naiwna Ofelia (Sian Brooke). Mogę tylko podzielać interpretację Ninedin, ale cóż – nawet z nią mnie Ofelia nie przekonała. Marny był też, niestety, Horacjo Leo Billa: człowiek z zewnątrz, nieuwikłany widz dramatu, co podkreślane było tak mocno (również strojem), że czekałam aż w końcu wyjmie z plecaka fajkę i kapelusz i już zupełnie upodobni się do Włóczykija (w tym świecie Poloniusz byłby niewątpliwie Paszczakiem). Zawodem była też Gertruda (Anastasia Hille). Ja wiem, że to nie jest łatwa rola, ale granie wszystkiego w szlochu i krzyku nie pomaga. Choć chętnie przyznaję, że ładna była ostatnia scena, w której już całkiem świadomie decydowała się wypić truciznę.

Ogólnie, jak już pisałam: nierówno.

hr_teaser

Hamlet zaczyna się zazwyczaj od tego, że jeden z wartowników mówi Who’s there? – Hamlet Lyndsey Turner we wczesnych stadiach zaczynał się ponoć Hamletem mówiącym To be or not to be, ale wersja aktualna, ta którą widziałam, zaczyna się dla odmiany Hamletem mówiącym Who’s there?

Generalnie trochę nam reżyserka tego Hamleta poszatkowała. Zdaję sobie sprawę, że cięcia są niezbędne, żeby nie zamordować widzów, ale tutaj czułam jednak pewien nadmiar. Nie dlatego, że niektóre sceny zostały wycięte (chociaż nadal cierpię, że Jim Norton nie mógł zagrać tej części pierwszej sceny drugiego aktu, w którym nakazuje śledzenie syna). Nawet nie dlatego, że inne zostały pocięte i resztki wetknięto w dziwne miejsca.

Nie znam Hamleta na tyle dobrze, żeby zauważyć wszystkie zmiany, ale to co zauważyłam sprawiało wrażenie upraszczania. Żeby łatwiej było zrozumieć o co chodzi i co reżyserka miała na myśli. I w sumie w tym też nie byłoby nic złego: w zasadzie i tak wiadomo, że na spektakl z Benedictem Cumberbatchem przyjdzie cała masa osób, które z Szekspirem mało się wcześniej stykały. Mogę nie lubić kiedy traktuje się widza jak idiotę, ale widzę sens tego pomysłu. I tutaj jest miejsce na ale. Ale z niczym nie należy przesadzać. Naprawdę nie trzeba kazać Aktorowi mówić o smiling villain, żeby widownia zrozumiała a) do czego odnosi się monolog Hamleta o aktorstwie i b) że książę dopisał do sztuki swoje własne przemyślenia.

hamletbenedict2608b
Hamlet i Yorick nie podzielają moich wątpliwości

Ja wiem że nie ma autorytetów nie do ruszenia, ale żeby dopisywać Szekspirowi kwestie to trzeba jednak być (jeszcze) lepszą niż Turner.

hr_teaser

Nie zrozumcie mnie źle: to jest całkiem dobre wystawienie z kilkoma świetnymi pomysłami i oszałamiającą oprawą sceniczną. Wyraźnie bardzo dobrze przemyślane, w większości dobrze (a czasem i genialnie) zagrane. Świetny sposób na zapoznanie się z Hamletem (i Szekspirem) dla tych co po raz pierwszy i ciekawe doświadczenie dla tych co razy kolejne.

Prawdopodobnie byłabym bardziej przychylna, gdyby nie wciąż żywy w pamięci Hamlet z Rorym Kinnearem z tego samego cyklu. Tamten mnie zachwycił. Ten? Ten mi się podobał.

Idźcie, Wam też się spodoba.

hr_teaser

Hamlet
William Szekspir

Barbican Theatre

Reżyseria Lynsey Turner

Obsada:
Hamlet: Benedict Cumberbatch
Gertruda: Anastasia Hille
Klaudiusz: Ciarán Hinds
Horacjo: Leo Bill
Ofelia: Sian Brooke
Laertes: Kobna Holdbrook-Smith
Duch/Grabarz: Karl Johnson
Poloniusz: Jim Norton
Rosencrantz: Matthew Steer
Guildenstern: Rudi Dharmalingam

Oficjalna strona przedstawienia

Hamlet na stronie NTLive

Hamlet na IMDb

Znów o serialach

Strasznie dawno mnie tu nie było, czas odkurzyć stare kąty [dmucha z uczuciem kilka razy, a resztę wyciera rękawem]. Przed Wami kolejne trzy seriale opisane po łebkach i garść serialowych wieści. Nawet więcej niż garść, bo to dobry sezon na informacje ze świata telewizji.

Wczoraj skończyłam oglądanie Waking the Dead, który jest miłym zapychaczem czasu, ale jeśli nie jesteście mną i nie ciągnie Was oglądanie plejady gwiazd brytyjskiej telewizji w rolach drugo- i trzecioplanowych (w tym choćby Paula McGanna i Ruperta Gravesa w mundurach oraz Anny Chancellor w garsonce), możecie sobie te 92 odcinki odpuścić.

Zamiast tego obejrzyjcie Safe House, krótki, czteroodcinkowy serial ze świetnym scenariuszem i reżyserią, bardzo dobrą grą aktorską i najpiękniejszymi ujęciami,jaie widziałam od dawna. Jest absolutnie przepiękny, nawet porównując z innymi brytyjskimi serialami, które przecież też nie od macochy.

A jeśli macie troszkę więcej czasu i wrócą te upały sprzed chwili, koniecznie sięgnijcie po Fortitude, bo oglądając ten serial zrobi Wam się chłodno nawet w taką pogodę. Też jest piękny (chociaż mniej niż Safe House),  a przede wszystkim naprawdę świetnie zagrany. Poza tym to dobry układ: zamiast jednego serialu, dostajecie kilka, bo konwencja potrafi się zmienić z odcinka na odcinek, a jednocześnie wszystko jest wewnętrznie spójne.

Safe House
Ciężko mi powiedzieć, co z tego zestawu polecam najbardziej, ale chyba jednak wygrywa oszałamiająca estetyka Safe House.

Dziś akurat jest ten dzień, kiedy wszystko zaczyna wybuchać (to dzięki ComicConowi), zatem najpierw najświeższe serialowe wiadomości:

  • Dostaliśmy trailer nowej serii Doktora Who. Jest Clara, jest Doktor, jest Mistress, jest cała masa plastikowych i mniej plastikowych wrogów i jest kosmos. Powinno wystarczyć do premiery (19.09).
  • Jakby tego bylo mało, mamy też pierwszą promocyjną fotografię, a zaraz za nią pierwszy klip z odcinka specjalnego Sherlocka. One do premiery nie wystarczą (odcinek specjalny ma zostać wyemitowany w święta), są za to absolutnie urocze. Musicie usłyszeć dlaczego Watson ma takie wąsy. Naprawdę, musicie.
  • Mamy też dwa teasery do drugiej serii Fargo. A do tego ten plakatFargo, jak to Fargo, jest niesamowicie estetyczne. No i jest szansa, że teaserów, tak jak poprzednio, będzie dużo i ładnych. Czekamy.
Doktor już na Was czeka (fot. Andy Gotts).
Doktor już na Was czeka (fot. Andy Gotts).

A ponieważ dawno mnie tu nie było, wygrzebałam jeszcze trochę zaległych wieści (właściwie to wygrzebałam więcej, ale coś trzeba zostawić na potem…):

  • Lynda La Plante napisała prequel do brytyjskiego Prime Suspect (którego zresztą była scenarzystką). Tego z Helen Mirren. Serial będzie osadzony w latach 70. i będzie opowiadał o drodze Jane Tennison od WPC do DCI. Ma zostać wyemitowany na 25 rocznicę emisji oryginału, czyli w 2016. Zdania są podzielone: część fanów szaleje ze szczęścia, część jest zdania, że nikt z młodego pokolenia nie doścignie Helen Mirren.
  • David Simon, twórca m.in. The Wire i Treme, planuje nowy serial. The Deuce ma opowiadać o przemyśle pornograficznym w samym jego rozkwicie (lata 70. i 80.), po legalizacji pornografii. Serial nakręci HBO.
  • Penny Dreadfull dostało trzecią serię, a The Affair ma już trailer serii drugiej (UWAGA: spoilery serii pierwszej).
  • Netflix kręci serial The Crown, oparty na dramacie The Audience Petera Morgana (wersję z NT można czasem zobaczyć nawet w naszych kinach). Scenariusz, na podstawie własnej sztuki, napisze sam autor, zaś reżyserią zajmie się pierwszy reżyser Audiencji – Stephen Daldry. Serial opowiadać będzie o relacjach królowej Elżbiety II z kolejnymi premierami Wielkiej Brytanii. W obsadzie m.in. Clare Foy, John Lithgow i Matt Smith.
  • Stephen Mangan zagra Arthura Conan Doyle’a w serialu ITV Encore Houdini & Doyle. Harrym Houdinim zostanie Michael Weston. W serialu zobaczymy również pierwszą policjantkę w MET, którą zagra Rebecca Liddiard, zaś całość ma opowiadać o przyjaźni tytułowych panów i (ponoć udokumentowanych) sprawach, z którymi zwracała się do nich po pomoc brytyjska policja.
A skoro jest okazja, żeby wrzucić Helen Mirren, wrzucamy Helen Mirren. Zwłaszcza, że okazje są dwie: grała zarówno w Prime Suspect, jak i w Audiencji.
A skoro jest okazja, żeby wrzucić Helen Mirren, wrzucamy Helen Mirren. Zwłaszcza, że okazje są dwie: grała zarówno w Prime Suspect, jak i w Audiencji.

Jak już pisałam, skończyło mi się wczoraj Waking the Dead, a przede mną jeszcze 6 odcinków jego spin-offa – The Body Farm. To plan na najbliższe dni. Wciąż też w oglądaniu jest Inspector George GentlyFoyle’s War. Ciągle jeszcze nie udało mi się obejrzeć Jonathana Strange’a i pana Norrela, ale bardzo poważnie się przymierzam, ja tylko wygospodaruję chwilę czasu na głębsze skupienie.

Na dziesiątą rocznicę zamachów w Londynie (7/7), BBC nakręciło film A song for Jenny, skupiający się na pastorce, Julie Nicholson (w tej roli Emily Watson), która w metrze straciła córkę. Ciągle jeszcze nie zebrałam się żeby A song for Jenny obejrzeć, ale bardzo chcę.

Z innych nowości – bardzo duże nadzieje wiążę z Black Work, które przed chwilą skończyło się na ITV.  Miniserial ma świetne recenzje i Sheridan Smith, więc wszystko czego trzeba do szczęścia. Również bardzo dobre recenzje zbierają kolejne odcinki Mr. Robot, więc z niecierpliwością czekam na koniec serii.

Pośród przygotowanych do oglądania staroci, króluje The Politician’s Wife, którą chciałam obejrzeć od czasu, kiedy zobaczyłam The Politician’s Husband, a teraz ostatecznie pognała mnie do niej tęsknota za Trevorem Eve. Poza tym czeka The Singing Detective, którego trochę się boję, ale zobaczymy co z tego wyniknie.

Trochę w oczekiwaniu na kolejną serię Endeavoura, trochę jako
Trochę w oczekiwaniu na kolejną serię Endeavoura, trochę jako „ten serial, w którym grają wszyscy” – Incpector George Gently.