Robota w Sherwood (Robot of Sherwood, Doctor Who 8×03)

Mina, która mówi wszystko, co trzeba wiedzieć.

Mina, która mówi wszystko, co trzeba wiedzieć.

Ponieważ już kila dni minęło od emisji ostatniego odcinka Doktora, najwyższy czas napisać recenzję przedostatniego. Czas u mnie ostatnio leci jakoś dziwnie szybko…

Mam zamiar utrzymywać, że to był prezent specjalnie na moje trzydzieste urodziny. Przecież to nie mógł być przypadek, że akurat dokładnie tego dnia wyemitowali odcinek napisany przez Gatissa, jestem zupełnie pewna, że to taki prezent-niespodzianka. Absolutnie cudowny.

I tutaj w zasadzie mogłabym skończyć recenzję, ale w przeciwieństwie do wielu osób uważam, że ten odcinek ma w sobie całkiem sporo do analizowania. A poza tym znacie mnie, nie umiem pisać krótkich wpisów.

***

Dla tych, co nie wiedzą o co chodzi: teraz będzie omówienie jednego odcinku serialu o ufoludku podróżującym przez czas i przestrzeń w niebieskiej policyjnej budce telefonicznej. Bardzo polecam kiedyś spróbować, niekoniecznie od tego odcinka, chociaż można i od tego.

Dla tych, co wiedzą o co chodzi: spoilers! I to pewnie z trzech pierwszych odcinków serii.

***

Ta jedna scena, która sprawiła, że Clara w zasadzie mnie w tym odcinku nie irytowała.

Ta jedna scena, która sprawiła, że Clara w zasadzie mnie w tym odcinku nie irytowała.

Na początek zastrzeżenia większości z Was doskonale znane: lubię odcinki Moffata, ale nie przepadam za nim kiedy prowadzi linię fabularną całej serii. Przepadam za Gatissem i jego scenariuszami. Uwielbiam Capaldiego jako aktora. Niezbyt lubię Clarę. Dodatkowo (z powodu pierwszego i ostatniego wymienionego) nie oglądałam poprzedniej serii specjalnie uważnie, więc nie do końca pewnie łapię wszystkie nawiązania.

Nowego Doktora pokochałam jak tylko usłyszałam kto go gra. Za to, żeby spełniły się plotki o Capaldim trzymałam kciuki i gryzłam palce już dużo wcześniej. Jeszcze zanim w ogóle wyemitowali pierwszy odcinek, Dwunasty zaczął szybko gonić czołówkę moich ulubionych Doktorów, do tego stopnia, że poważnie przestraszyłam się zawodu z powodu zbyt dużych oczekiwań.

Nie zawiodłam się na Capaldim. Ale też nie zaskoczył mnie nijak Moffat (który pisał pierwszy odcinek i współtworzył drugi). Doktor był cudowny, odcinki mniej lub bardziej średnie. Co nie zmienia faktu, że przednio się na nich bawiłam. Odwracałam po prostu wzrok od wszystkich głupot i spokojnie zwracałam go na Doktora. Działało. Ale cały czas czekałam na odcinek Gatissa. Bo wiecie, nie dość, że Gatiss, to jeszcze Sherwood.

Doczekałam się.

Klasyka klasyki

img_2264

Ktoś tu jest antagonistą i się z tym nie kryje.

Absolutnie klasyczne zawiązanie akcji (cały czas i przestrzeń, wybieraj), absolutnie klasyczny początek (Robin nie powinien istnieć, a jednak istnieje), klasyczne motywy (powtórzenie walki na belce na początku i końcu), absolutnie klasyczna fabuła. Tak klasyczna, że aż zaskakująca.

Nie no, bo serio, nie spodziewałam się, że wszystko będzie tak oldschoolowe. Jestem przyzwyczajona do tego, że jak scenarzysta wprowadza kosmicznych roborycerzy, to średniowieczny władyka nie da rady nad nimi zapanować i na końcu się uwolnią próbując go zabić. Że Doktor spróbuje coś kombinować z technologią żeby statek nie ruszył. Że w użyciu pojawi się soniczny śrubokręt. Że Doktor kogoś przegada. Może nawet, że ostatecznie przekonają Szeryfa, żeby przestał się wygłupiać. Że głównym przeciwnikiem będzie albo Szeryf, albo roboty.

Na pewno nie oczekiwałam tego, że dostanę taką piękną historykę o przezwyciężaniu uprzedzeń, współpracy która pozwala wygrać, poczuciu własnej wartości i tym, co to znaczy być bohaterem. Ta prześliczna scena wspólnego strzelania z łuku była tak cudownie klasyczna, że łapała za serce dużo bardziej niż wszystkie genialne i nowatorskie pomysły świata.

Śmiej się pajacu

Z tego trzeciego odcinka dowiedziałam się o nowym Doktorze więcej niż z obu poprzednich, które przecież na tym wątku się skupiały. Do tej pory Doktor wyraźnie szukał wiedzy o tym kim jest. Wyraźnie różnił się od poprzedników, ale jeszcze nie do końca umiałam powiedzieć czym. Był miejscami nieludzki, zimny i okrutny (trochę jak Dziesiąty w Runaway Bride, tylko bardziej), miejscami marudny, miejscami złośliwy.

W Robocie z Sherwood podkreślona została ta największa różnica, która sprawiała, że Dwunasty ma charakter zupełnie inny niż trzy jego poprzednie inkarnacje. Nie zgrywa bohatera. Nie trzyma fasonu za wszelką cenę. Nie usiłuje pocieszać innych, rozśmieszać ich, zachowywać się głupio albo naturalnie, byle tylko oni się nie denerwowali. Widać jego zdenerwowanie, niepokój, strach. Wcale nie jest nieludzki, jest najbardziej ludzki, jak tylko być może.

Yup. W ruchu i tylko przez chwilę, ale Dwunasty troszeczkę jest Malolmem Tuckerem.

Yup. W ruchu i tylko przez chwilę, ale Dwunasty troszeczkę jest Malolmem Tuckerem.

Jego mrukliwość i marudność jest zresztą jedną z komediowych osi odcinka. Skonfrontowana z pogodą ducha Robina daje typowy efekt komiczny grający zresztą w tych dekoracjach doskonale. Doktor jest tu Kłapouchym skrzyżowanym z Marvinem (a oni obaj reprezentują mój ukochany popkulturowy archetyp, więc jak mam nie kochać takiego Dwunastego?). Robin jest bohaterem, który śmieje się śmierci w twarz i po którym można poznać, że jest smutny, bo tak dużo się śmieje. Oczywiście, że muszą się nie lubić, oczywiście, że w końcu muszą dojść do jakiegoś porozumienia („zostawiłem mu prezent”).

Robin jest bohaterem w którego Doktor nie wierzy. Jest bohaterem dokładnie tak samo jak Doktor. Albo może, tak samo jak on nie jest bohaterem, ale doskonale udaje. Tak, to wszystko jest tutaj powiedziane bardzo wprost („od kiedy wierzysz w niemożliwych bohaterów?” „nie wiesz?”). To może razić, ale mnie akurat bardzo pasowało. Wszystko się tu bardzo ładnie zgrywa, w zgrabną przypowieść. Gdybym to ja pisała tę postać, to po tym odcinku Doktor zacząłby znowu zachowywać się dużo bardziej „bohatersko”, szarżować i śmiać się śmierci w twarz. Bo już miał czas zrozumieć o co chodzi w tym interesie z byciem bohaterem, albo odpowiednio dobrym udawaniem.

Damsel in distress?

Nawet Clara mnie tak bardzo nie irytowała! No owszem, chichotała, ale jakbym ja spotkała swojego baśniowego idola, tez mogłabym nie powstrzymać chichotania, więc w sumie rozumiem. I nawet miała scenę w której wykazała się sprytem i pomysłowością (chwali się), a poza tym naprawdę niewiele można zdziałać, jak się ma ze sobą kłócących się Robina i Doktora. Więcej, nawet Marion nie była tak naprawdę Damsel in distress. W tych trzech czy czterech scenach, które miała, pokazała się jako dziewczyna wiedząca czego chce, sensowna i rozumna. A do tego dobra. Brawo, panie Gatiss, dwie sensowne bohaterki w jednym odcinku.

Rincewind jak żywy. Z dokładnością do szaty i kolorów.

Rincewind jak żywy. Z dokładnością do szaty i kolorów.

No, oczywiście, było łapanie damy i skakanie oknem, ale to był Robin. Taki nieco errolowo flynnowy, ale w wersji odświeżonej na dzisiejsze czasy i przyciasnych skórzanych ciuszkach. W scenie turnieju, jak miał na sobie kapelusz, wyglądał niemal idealnie (z dokładnością do kolorów i szczegółów) tak, jak powinien moim zdaniem wyglądać pratchettowski Rincewind. Poza tym bardzo w porządku, ale jakoś nie wzbudził mojej natychmiastowej miłości.

Co innego Szeryf. No owszem, przyznam się. Kiedyś wiedziałam, że tu ma grać Ben Miller, ale zdołałam zapomnieć i nie poznać go przez cały odcinek… A ja go tak strasznie lubię! Niemniej, poznany, czy nie, zrobił wrażenie. Dobra to jest postać – też strasznie typowa, ale ładnie typowa. Trochę polityk, trochę frustrat, trochę władca, trochę po prostu wariat. Jest dokładnie taki jak trzeba, żeby być głównym złym w operetce i nie być tak całkiem i do końca operetkowym.

***

Wiem, że wiele osób o takich odcinkach myśli jako o doskonałej chwili wytchnienia pomiędzy „prawdziwymi” historiami. Tymi bardziej mrocznymi, bardziej zawiłymi, popychającymi akcję naprzód. Takie perełki są traktowane jako chwila oddechu, ukłon dla starych czasów i starych fanów.

I może zresztą tak jest, ale dla mnie właśnie takie historie są kwintesencją Doktora, a nie dodatkiem do niego. Będę czekała na kolejny podobny i właśnie dla nich będę oglądać moffatowską (coraz bardziej zawikłaną) fabułę. A w międzyczasie będę wracała do Robota z Sherwood, bo to właśnie on zostanie mi w szufladce z odcinkami, do których się wraca. Robin stanie gdzieś między Szekspirem i Agathą Christie, razem z tymi kilkunastoma odcinkami, które oglądam najczęściej i najchętniej.

Bardzo to był ładny prezent urodzinowy.

PS. Na planie urodziny obchodził Peter Capaldi. To naprawdę jest odcinek urodzinowy.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Robota w Sherwood (Robot of Sherwood, Doctor Who 8×03)

  1. Cieszę się ogromnie, że się podobało, mnie też. Jak dotąd najbardziej ze wszystkich. Kocham postać Robin Hooda, Zatem ten odcinek i dla mnie był prezentem ;)

  2. Elatus, mnie Robin akurat stosunkowo najmniej ruszył, ale miał dużą konkurencję, więc doskonale rozumiem, że może się podobać. :)
    Zresztą już słyszałam propozycje wzięcia Robina na nowego towarzysza. Swoją drogą, strasznie mi brakuje jakiegoś towarzysza z czasów wcześniejszych niż nasze, więc bym się pewnie nie obraziła…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s