Piosenka o cudzej miłości

Miałam ogromną ochotę nazwać ten wpis „Ten tekst nie dotyczy Margaret Thatcher”, bo ilość informacji na temat jej śmierci, który bombardował mnie dzisiaj Internet była już nieco przesadna. Ale ponieważ nie chciałam jej nazwiskiem straszyć czytelników, zrezygnowałam. Poza tym właśnie dzięki przesadnemu natężeniu spamu o Margaret poszukałam sobie jakiejś innej rocznicy i przypomniałam sobie, że mogę spokojnie świętować 84 urodziny Jacquesa Brela (8 kwietnia 1929 — 9 października 1978). A Wy możecie obchodzić je ze mną.

Mam do Brela ogromną słabość, bo też i słuchałam go od dziecka (gdyż albowiem moi ukochani rodzice nie są do końca normalni — albo może są aż za normalni — i przy doborze muzyki nie brali pod uwagę obecności niemowlęcia), dlatego wiedziałam od razu, że jeżeli chcę napisać wpis, który skończę jeszcze przed snem, muszę się ograniczyć do jednej piosenki. Tutaj oczywiście zaczęły się schody, bo jak tu wybrać spośród tysięcy?

Przeważyło to że Jacques Brel jest autorem kilku pięknych piosenek o miłości, które bardzo lubię i które ogromnie mnie wzruszają, a które zupełnie nie mówią o mnie. Na ogół jest tak, że największe wrażenie robią na mnie wiersze i piosenki opisujące moje własne podejście do życia, emocje i uczucia. Brel posiada zdolność poruszania mnie mówiąc o zupełnie innych ludziach i zupełnie obcych mi emocjach. „Nie opuszczaj mnie” („Ne me quitte pas”) na przykład jest dla mnie bardzo wzruszające (zwłaszcza w wersji męskiej), a tak dalekie ode mnie, jak tylko można. Miło zresztą byłoby kiedyś napisać o ciekawym przypadku tej piosenki, która po polsku dostała świetną wersję żeńską i wszyscy panowie próbują się w tę wersję wcisnąć. Ale nie dzisiaj.

Dzisiaj, ze specjalną dedykacją dla mojej ulubionej Matki, trochę o tłumaczeniach i wykonaniach „Piosenki starych kochanków” („La Chanson des Vieux Amants”). Po polsku pojawia się ona również pod tytułem „Piosenka dawnych kochanków” i „Piosenka starych zakochanych” — dla mnie oba te tytuły wypaczają mocno jej sens, ale też przecież tacy „starzy kochankowie” to coś niesamowicie dziwnego. Stąd może próby złagodzenia ich nieco (nie, wcale nie kochankowie, tylko zakochani) albo ustawienia ich związku w przeszłości (dawni kochankowie, teraz już niekoniecznie. Podczas kiedy „Piosenka starych kochanków” to dokładnie to, o co chodzi. Dwoje ludzi z burzliwą przeszłością i burzliwą teraźniejszością. Co prawda Brel podczas jej pisania nie miał jeszcze czterdziestki, ale podmiot liryczny z mojej wyobraźni jest jednak sporo starszy (Brel wspaniale umiał pisać o starych ludziach).

W dzisiejszej rozmowie na Facebooku dzieliłam się moją sympatią dla polskich przekładów bardów. Owszem, zazwyczaj moją ukochaną jest wersja oryginalna, ale dzięki przekładom i różnicom w wykonaniu często możemy się zachwycać nie jednym utworem, ale kilkoma wariacjami na jego temat. Znam trzy polskie tłumaczenia „Piosenki starych kochanków”. Dwa z nich są świetne, a i trzecie, wbrew pozorom, nienajgorsze. Oczywiście przy ocenie jakości tłumaczenia w grę wchodzić będzie zarówno sentyment, jak i wykonanie (genialne tłumaczenie można zamordować złym wykonaniem, a średnie tłumaczenie da się nieźle polepszyć wykonaniem dobrym), co za szczęście, że wpisy blogowe nie muszą być obiektywne…

***

Dlatego mogę spokojnie powiedzieć, że moje od zawsze ukochane jest tłumaczenie Wojciecha Młynarskiego w wykonaniu Mariana Opani. Co najdziwniejsze, sztandarowej (jak mi się wydawało) wersji tej piosenki nigdzie na YT nie znalazłam, ale jest tam na szczęście inna wersja tego samego wykonania.

Rozświetlały burz rozbłyski
Miłość naszą ileż lat.
Raz ty brałaś swe walizki,
To znów ja ruszałem w świat.
Lecz pokój, gdzie kołyski brak
Pamięta echa dawnych burz
I słów namiętnych do szaleństwa.
Więc choć porażki pierwszej smak
Z twych warg uleciał dawno już,
A z mych pierwszego smak zwycięstwa…

Czy ty wiesz, cudowna, czuła i jedyna ma
Że ja od wschodu, aż do zmierzchu dnia
Wciąż bardziej cię kocham…

Kłótnie, schadzki, przeprowadzki —
Poznaliśmy się do cna.
Wpadaliśmy w swe zasadzki
Zastawione, gdzie się da.
Ty miałaś kogoś, dobrze wiem
I jam też nie bez grzechu był,
Lecz zawsze żyliśmy nadzieją,
Że z pożegnania pierwszym dniem
Oboje dołożymy sił
By starzeć się, nie doroślejąc.

Czy ty wiesz…

A czas goni, a czas goni,
Straszy, że źle z nami jest.
I że zawieszenie broni
To miłości będzie kres.
Zmęczeni trochę, bądź co bądź,
Posłusznie wyruszamy więc
Na pole bitwy — wyruszamy
Żeby, jak co dzień, udział wziąć
W potyczce czułej dwojga serc,
W serdecznej wojnie zakochanych

Czy ty wiesz…

[Wojciech Młynarski]

Bardzo łagodne jest to tłumaczenie. „Pokój gdzie kołyski brak” jest nie tyle problemem, co opisem, a „serdeczna wojna zakochanych” to takie sympatyczne i miłe określenie codzienności. Mimo generalnie trudnego tematu to jest bardzo delikatny opis. Trzeba być naprawdę bardzo dobrym, żeby to zaśpiewać. Opania jest genialny. Świetna jest też Halina Kunicka:

Dzięki temu nagraniu dowiedziałam się zresztą, że istnieje jeszcze inny (bardzo ładny zresztą) sposób zmiany refrenu na żeński. Panie bardzo lubią ten tekst śpiewać i refren zawsze był problemem. Bo to albo się nie rymuje („Cudowny czuły i jedyny mój…”), albo trzeba dodatkowo zmieniać drugi wers („Że ja od świtu aż po nocy chłód” — też się zresztą nie rymuje…). A tutaj proszę, prosta zmiana („Czy ty wiesz i czy twe serce już ten sekret zna”) i może nie mamy do czynienia z poezją najwyższych lotów, ale przynajmniej nikt nie krzywdzi rytmu i rymu.

Dobra jest też Maria Meyer (jaki kawał głosu ma ta kobieta…), za to Kasia Groniec wypadła w tej piosence naprawdę źle. Ale w tym koncercie trudno było wypaść dobrze, a na dodatek ktoś jej tę piękną piosenkę o trudnej miłości zmienił w marną piosenkę o przemocy domowej… Dla odmiany Angela Gaber śpiewa chyba najdziwniejszą wersję, jaką słyszałam: refren po francusku, za to zwrotki po polsku w wersji męskiej. To tłumaczenie śpiewał też zespół „Raz, Dwa, Trzy” (nie lubię ich, więc również ich wersji) i Wojciech Młynarski (no, śpiewał to trochę dużo powiedziane, ale za to ładnie).

***

Kolejne (przynajmniej w kolejności poznawania ich przeze mnie) tłumaczenie popełnił Roman Kołakowski. Ono jest wyraźnie bardzo dla tłumacza osobiste i może dzięki temu ma w sobie mnóstwo emocji. Jak dla mnie znacznie więcej niż to Młynarskiego.

Mojego życia burzą byłaś
Dwadzieścia pięć niedobrych lat.
Od innych stale odchodziłaś,
Ja innym układałem świat.
Straciliśmy najlepszy czas
I teraz prześladuje nas
Widok pokoju bez kołyski.
Nie mamy wspólnych wspomnień cóż
I boję się zapytać już
Czy byłem Ci naprawdę bliski.

Wymodlę Cię — najbliższa i najdalsza uwierz że
I świt ze zmierzchem mogą złączyć się.
Jesteś miłością mego życia.

Czy chociaż raz szczęśliwa byłaś?
Twe oczy szarym smutkiem są.
Pułapkę na mnie zastawiłaś,
Lecz wpadliśmy oboje w nią.
Mężczyźni, ci o których wiem,
Byli dla ciebie drżącym snem,
Nie mogę mieć pretensji cienia.
Ja także wiele kobiet znam,
Osobno się udało nam
Zestarzeć bez wydoroślenia.

Wymodlę Cię…

Przez palce dzień za dniem przecieka,
Wysycha w oczach słony czas.
A nuda co na miłość czeka
I szept i krzyk zabija w nas.
Nam jednak nie zabraknie łez
Bo źródło marzeń wieczne jest,
Nie musi zawsze być jak było.
Nie może świat potępić nas,
Że chcemy razem pierwszy raz
Walczyć o siebie i o miłość.

 Wymodlę Cię…

[Roman Kołakowski]

Tutaj już mamy sporo goryczy („straciliśmy najlepszy czas”), straconych nadziei („prześladuje nas widok pokoju bez kołyski”), niepewności („czy chociaż raz szczęśliwa byłaś?” ale przecież również „boję się zapytać już czy byłem ci naprawdę bliski”), ale też z drugiej strony jest tu mnóstwo nadziei na przyszłość i dążenia do zmiany („chcemy razem pierwszy raz walczyć o siebie i o miłość”). Te tłumaczenia nie różnią się jakoś diametralnie, a tworzą dwie zupełnie różne piosenki.

To tłumaczenie śpiewa też Magdalena Radecka. Ma śliczny głos, ale tak młodziutki, że „dwadzieścia pięć niedobrych lat” brzmi jak całe jej życie. W jej wersji jest też inna drobna zmiana. Zamiast „i boję się zapytać już | czy byłem Ci naprawdę bliski” w pani Radecka śpiewa „nie boję się powiedzieć już | że byłeś mi naprawdę bliski”. Rozumiem, oczywiście, potrzebę rymu, ale jednak taka zmiana bardzo mocno zmienia cały sens piosenki.

***

Ostatnie ze znanych mi tłumaczeń jest najbliższe oryginałowi. Niestety zasada wierne albo piękne i tym razem dała o sobie znać. Trochę może ze względu na niezbyt ortodoksyjny stosunek pana Wasilewskiego do rymów, a może po prostu przez przywiązanie do poprzednich tłumaczeń, to oceniam najniżej.

Zdarzały się nam nieraz burze,
Dwadzieścia zwariowanych lat…
Raz ty mnie zostawiałeś z hukiem,
A potem uciekałam ja.
I każde krzesło, każdy stół
Pamięta każdą z naszych burz,
Nasze rozstania i powroty.
Gubiliśmy się dzień po dniu
I odnajdowaliśmy znów,
Choć trudno było dojść do zgody.

Cudzie mój — moja miłości z najpiękniejszych snów,
Choć droga wiedzie nas pod górę w dół,
Wciąż kocham cię i kochać będę…

Poznałem dobrze twe zaklęcia,
Ty moje sztuczki świetnie znasz.
Często zwodziliśmy nieszczęścia,
Tracąc się z oczu raz po raz.
Facetów miałaś kilku — fakt —
Bo jakoś trzeba zabić czas,
A ciało lubi by je pieścić.
Lecz w końcu przez tych kilka lat
Udało nam się, nie wiem jak,
Starzejąc się pozostać dziećmi.

Cudzie mój…

Korowód dni, korowód zdarzeń
I ciągle sieje zamęt czas.
Co więc najgorszą jest pułapką:
Spokój czy nuda obok nas?
Najpierw zaczynasz płakać ty,
A ja się drę przez twoje łzy,
Co tajemnica — to wyznanie.
Przypadkiem się nie dzieje nic,
Nieufni bardziej niż złe psy,
A tak przepięknie zakochani.

Cudzie mój…

[Dariusz Wasilewski]

Są tu co prawda z francuskiego oryginału krzesła i stoły pamiętające „każdą z naszych burz”, są „zaklęcia” i „sztuczki” i bardzo pięknie oddający sens oryginału fragment „Facetów miałaś kilku — fakt — | bo jakoś trzeba zabić czas, | a ciało lubi by je pieścić”, jest bardzo ładny i całkiem sensowny podział na dwa głosy, ale efekt nie zachwyca tak jak poprzednie. Za to pani Tkacz śpiewa tak pięknie, że niemal nie słychać niezręczności.

***

I tu właściwie powinnam skończyć, bo żadna więcej godna wspomnienia polska wersja nie przychodzi mi do głowy, ale przeszukiwanie YT zawsze kończy się tak samo… Dlatego mam dla Was, gdybyście ciągle nie mieli dość, kilka wersji angielskich. Wiem na pewno o istnieniu pięciu angielskich tłumaczeń tej piosenki (mają jeszcze więcej radości niż my), ale wcale nie miałam ochoty tropić każdego.

Mam więc dla Was Camille O’Sullivan w bardzo ładnej łagodnej wersji angielsko-francuskiej, mam Lindę Kosut śpiewającą wersję jazzową i radośnie rock-and-rollową (szczerze mówiąc nie mam pojęcia jak ją określić…) wersję Morta Shumana.

A na koniec to. Żeby nie było, że tłumaczeń słucha się tylko w zrozumiałych językach i tylko po to, żeby zrozumieć tekst oryginału:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s