Panowie Rochesterowie

Ciaran Hinds

Patron dzisiejszego wpisu w roli pana Rochestera.

[Uwaga. Dopisałam trochę szczegółów po powtórzeniu sobie dwóch kolejnych ekranizacji]

Przeczytałam ostatnio Dziwne losy Jane Eyre głównie dlatego, że w krótkim czasie obejrzałam trzy ekranizacje tej powieści i zżerała mnie ciekawość. Zastanawiałam się oczywiście jak wiele książki jest w filmach. Głównym impulsem był dla mnie miniserial BBC z 2006 roku, z którego wylewa się zaskakująca jak na tamte czasy erotyczność, pobocznym — powtarzające się sceny, a nawet kadry, które (jak zakładałam) musiały być bardzo plastycznie w książce opisane, skoro powracały za każdym razem niema zupełnie identyczne.

Oczywiście wnioski z porównania wyciągnęłam zupełnie przeciwne niż przewidywałam. Zmysłowość i cielesność serialu zupełnie nie przekłamywały ducha książki, za to powtarzające się ujęcia musiały być po prostu zżynane z poprzednich adaptacji, bo często nie było w powieści nic podobnego. Jak to jednak zwykle bywa, plany swoją drogą, rzeczywistość swoją, więc i tym razem moim głównym zyskiem okazało się przypomnienie sobie jak świetna to jest powieść i odkrycie kilku wątków, których w ogóle wcześniej nie zauważyłam. O konkretnych szczegółach napisałam już na blogu książkowym. Tutaj chciałam skupić się na czymś zupełnie innym.

Otóż czytając Jane Eyre w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że pan Rochester zyskał wreszcie w mojej wyobraźni konkretne rysy. Tutaj drobna dygresja: kiedy czytam książki, postaci wyobrażam sobie zazwyczaj zupełnie inaczej niż w filmach, chyba, że któryś aktor zagra w ekranizacji genialnie. Genialnie oczywiście dla mnie, a bardzo często znaczy to u mnie głównie: maksymalnie wiernie pierwowzorowi. I tak Elizabeth Bennet z Dumy i Uprzedzenia zyskała w mojej wyobraźni wygląd Jennifer Ehle, a George Smiley z Druciarza, krawca, żołnierza, szpiega jakieś dziwne połączenie sir Aleca Guinessa i Gary’ego Oldmana. Wracając więc do głównego wątku: okazało się, ze i pan Rochester już po kilku stronach od wprowadzenia postaci do akcji w mojej wyobraźni upodobnił się do konkretnego aktora. Mój Edward Rochester jest Ciaránem Hindsem.

Nie powiem, żeby mnie to specjalnie zasmuciło, bo Hinds jest tak wspaniałym aktorem, ze widzenie go w wyobraźni kilka kolejnych tygodni (czytałam tę Jane Eyre bardzo powoli) było samą przyjemnością, zaczęłam się jednak zastanawiać. Dlaczego akurat on? Co było nie tak w innych panach Rochesterach, których widziałam? Jaki wymyślić pretekst, żeby wrzucić na bloga zdjęcie Ciarána Hindsa?

I stąd to zestawienie.

Pisałam już na blogu książkowym, że według Charlotte Brontë pan Rochester był brzydki. Pierwsze z nim spotkanie Jane relacjonuje tak:

w  ogólnych zarysach mogłam dojrzeć, że jest to mężczyzna średniego wzrostu i bardzo szeroki w barach. Ciemną miał twarz o surowych rysach i nasępionym czole; oczy jego i ściągnięte brwi miały w tej chwili wyraz rozdrażniony i gniewny (…) nawet nie bardzo mnie onieśmielał. Gdyby był przystojnym młodzieńcem, o bohaterskiej powierzchowności, nie byłabym się odważyła tak stać przed nim, wypytywać go bez jego woli (…).

Kiedy może mu się już przyjrzeć z bliska i zauważyć szczegóły, dodaje:

poznałam podróżnego o szerokich kruczych brwiach; kwadratowe jego czoło wydawało się jeszcze bardziej kwadratowe przy gładkim uczesaniu czarnych włosów. Poznałam jego wybitny nos, raczej charakterystyczny niż piękny, pełne nozdrza świadczące o gwałtownym usposobieniu, jego surowe usta, brodę szczękę — tak, to wszystko było surowe i groźne. Postać jego (…) wydała mi się zupełnie odpowiednia do charakteru twarzy: barczysta i krępa, budowa jego była doskonała w atletycznym rozumieniu słowa — szeroki w piersiach, wąski w biodrach, jednakże nie był ani wysoki, ani zgrabny.

I tylko po głębszym przyjrzeniu okazuje się, że posiada pan Rochester jeden przynajmniej atrakcyjny szczegół — oczy:

światło ognia padało na jego jak z granitu wykute rysy i wielkie, ciemne oczy; miał bowiem wielkie, ciemne i bardzo piękne oczy, w których głębi jawiło się chwilami coś, co — jeśli nie było błyskiem łagodności, to przynajmniej łagodność przywodziło na myśl.

Jednak na zadane chwilę po tej obserwacji pytanie (Pani mi się przygląda, panno Eyre, czy pani uważa, ze jestem przystojny?) Jane Eyre odruchowo odpowiada zgodnie z prawdą, czyli Nie, proszę pana. Tak już zresztą będzie do końca. Nawet zakochując się w Rochesterze, nasza racjonalna Jane będzie sobie zdawać sprawę z niedostatków jego urody i tego, że tylko uczucie sprawia, że Edward jej się podoba. Nawet na samym końcu, kiedy Rochester po wypadku zapyta Czy bardzo jestem ohydny, Jane? ona, zamiast kierowana chrześcijańskim miłosierdziem nieszczęśnika pocieszyć, powie Bardzo, zawsze byłeś brzydki, to wiadomo. I chociaż utaj mamy już raczej do czynienia z przekomarzaniem, to do samego końca nam przecież autorka powtarza, że ten amant nie jest piękny (amantka zresztą też, ale nie o tym dziś mowa).

Rochester

Portret pamięciowy Edwarda Rochestera.

Ten obrazek powyżej to portret pamięciowy wykonany przez specjalistę, przy użyciu dzisiejszych metod, na podstawie (z grubsza) drugiego podanego przeze mnie cytatu (szczegóły tutaj). Nie wydaje mi się jakoś specjalnie udany, ale portrety pamięciowe tak już mają, prawda? W każdym razie jest jakimś przybliżeniem. I raczej rzeczywiście nie przedstawia mężczyzny bardzo atrakcyjnego, również według współczesnych kanonów.

Kiedy zaczynamy myśleć o ekranizacji prezencja (absencja prezencji…) pana Rochestera zderza się z drugim standardowym problemem ekranizatorów XIX-wiecznych romansów, z kanonami urody. Jak wiadomo, kiedyś podobało się co innego, niż podoba się dzisiaj, więc pokazanie pięknego amanta rodzi wybór: albo widzowie będą marudzić, że w książce pisało, że jest piękny, a nie jest, albo będą marudzić, że przecież w tamtych czasach nikt by tak nie wyglądał, a zresztą opisano go inaczej. Teoretycznie w przypadku Rochestera filmowcy powinni być zachwyceni: nie muszą się przejmować tym, żeby na pierwszy rzut oka było widać urodę aktora, więc spokojnie można go dobrać do opisu w książce. Teoretycznie. Niestety z drogę wchodzi nam problem wałkowany już wielokrotnie, czyli „filmowi bohaterowie mają być piękni (i młodzi)”. Co prawda im współcześniej, tym ta tendencja bardziej widoczna, ale nie oszukujmy się — aktorzy i ich role zawsze miały być piękniejsze od zwykłych ludzi.

Co w taki razie zrobić z bohaterem, który powinien być brzydki? Najprostszy i najpopularniejszy sposób to piękny aktor i obrzydzająca charakteryzacja. W przypadku kobiet robi się to zazwyczaj przy pomocy workowatych ciuchów kiepskiej fryzury i okularów, w przypadku mężczyzn — przy pomocy owłosienia. Trzeba delikwentowi dać nietwarzową fryzurę, brodę, wąsy albo perukę i z głowy. Tutaj filmowcy mają szczęście, bo pierwsza połowa XIX wieku to — przynajmniej ich zdaniem — era paskudnych bokobrodów. Problem więc rozwiązuje się sam, z bokobrodami atrakcyjni aktorzy będą nie do poznania.

Toby Stephens

Toby Stephens i paskudne bokobrody (to trochę jak tytuł powieści, nie?).

Michael Fassbender

Michael Fassbender i bokobrody szczątkowe. Za to niedogolony.

Paskudni, prawda? To przez te bokobrody…

Przy czym zupełnie nie twierdzę, ze któryś z nich zagrał źle. Przeciwnie: Stephens (Rochester 2006) był doskonałym i namiętnym byronicznym bohaterem i w ogóle mógłby z marszu grać mrocznego, romantycznego poetę, a Fassbender (Rochester 2011) robił co mógł, żeby pokazać całą ewolucję relacji w tych trzech scenach na krzyż, które dostał w filmie. Po prostu, mimo oglądania ich z przyjemnością, ciężko mi takiego Rochestera kupić. No bo do niego do pary trzeba by wyobrazić sobie dziewiętnastoletnią panienkę, która po raz pierwszy wchodzi w jakikolwiek świat i do tej pory nie miała raczej z mężczyznami kontaktu, która to panienka stwierdzi, że pan Rochester jest brzydki… I nie stwierdzi tego z przekory, tylko z głębi serca. A jeżeli zmieniamy ten element, to cała historia miłosna zupełnie zmienia charakter, więc i cała opowieść staje się zupełnie inna. Może być piękna, owszem, ale nadal zupełnie inna.

I znowu, żeby nie mówić, że wypięknianie Rochesterów to tendencja nowa przyjrzyjmy się jednemu z poprzednich:

Timothy Dalton

Timothy Dalton. Bokobrodów praktycznie brak.

Przed Wami Rochester ’83, czyli Timothy Dalton (dla przypomnienia: wcześniej Heathcliff z Wichrowych Wzgórz, potem James Bond i Rhett Butler z serialu Scarlett), człowiek, który wygląda w tej roli niemal idealnie tak, jak Richard Chamberlain w Ptakach ciernistych krzewów (serial zresztą z roku 1983) za którym szalały panienki z połowy świata. Gładziutki i przepiękny. Tę wersję Jane Eyre (11 odcinków!) mam zresztą na liście do obejrzenia, bo plączą mi się po pamięci jakieś przypadkowe urywki z telewizji i pamiętam tylko, że Dalton całkiem nieźle dawał sobie w tej roli radę (jak już kiedyś będę miała wolny czas, żeby obejrzeć to wszystko, co bym chciała, to ten serial będzie gdzieś w pierwszej setce; no może w drugiej; chociaż może z ciekawości zobaczę pierwszy odcinek już wkrótce…).

A jak cofniemy się jeszcze dalej, to w roli Rochestera dostaniemy takiego ślicznego młodzieńca:

Orson Welles

Orson mógłby zagrać bokobrody nawet bez bokobrodów, ale akurat w tej roli ja ma. Tylko w cieniu, jak prawdziwy byroniczny bohater.

Co prawda szczerze wierzę, że Orson Welles (Rochester ’43) jest w stanie zagrać dokładnie wszystko, włącznie z byciem brzydkim, ale bądźmy szczerzy, do opisu ma się nijak. W dodatku jest jakieś dziesięć lat do tej roli za młody (to zresztą zupełnie inna historia: Fassbender jest z grubsza w odpowiednim wieku, Stephens tylko drobinę młodszy, ale obaj wyglądają jak współcześni aktorzy, czyli z grubsza dziesięć lat młodziej niż mają…). Przy czym akurat Welles zdaje się w dużej mierze swoją Jane Eyre wyreżyserował, więc trudno się dziwić jego głównej roli (a poza tym oznacza to, że muszę ten film obejrzeć), no i potrafi zagrać naprawdę wszystko. Ale panem Rochesterem i tak nie jest.

[dopisek]

Rzeczywiście, udało mu się zagrać nieatrakcyjnego, nieuprzejmego i wybuchowego ekscentryka. Był tak rochesterowy, jak tylko pozwoliła mu epoka, która całą historię kazała dodatkowo umrocznić i ugotycznić oraz, niestety, nieco strywializować. Chociaż akurat cięcia w scenariuszu wyszły bardzo ładnie i uwypukliły relację głównych bohaterów. Może to dlatego, że scenariusz współtworzył ten Aldous Huxley… W każdym razie strasznie żałuję, że Welles nie wziął się za Jane Eyre te 10-15 lat później.

[koniec dopisku]

Było tych Rochesterów jeszcze sporo więcej, więc pokażę tylko niektórych…

George C. Scott

George C. Scott i jego żabot. Bokobrody śladowe.

Richard Leech

Richard Leech i jego mroczne spojrzenie.

William Hurt

William Hurt z czupryną i bokobrodami.

Michael Jayston

Michael Jayston i powrót zabójczego żabociku. I bokobrody.

… a żaden z nich nie jest idealny. Najwięcej kontrowersji budzi George C. Scott (Rochester ’70), bo przecież za stary (ile ja się naczytałam głosów, że za stary, za stary, za stary; a aktor miał w trakcie kręcenia 43 lata, podczas kiedy bohatera szacuje się na co najmniej 38, raczej okolice 40), chociaż mnie się raczej podoba. William Hurt (Rochester ’96) z kolei nie w tej kolorystyce (bo przecież Rochester musi być mroczny brunet), ale co zabawne mało kto mu zarzuca wiek, chociaż podczas kręcenia miał lat 46… Michaela Jaystona (Rochester ’73) w akcji nie widziałam, za to czytałam wyrzekanie na jego urocze loczki i ogólną gładkość. Najchętniej z nich wszystkich zobaczyłabym Richarda Leecha (Rochester ’63), bo mrok aż z niego bije, ale stare seriale brytyjskie wcale nie tak łatwo dostać. Wszystkich powyższych mam zresztą zamiar kiedyś obejrzeć (czasem po raz pierwszy, czasem kolejny), żeby sobie ich skonfrontować z nowymi wrażeniami z książki.

[dopisek]

William Hurt swojego Rochestera zagrał przepięknie (nie pamiętałam, że to tak dobry aktor), a film Zefirellego jest wspaniały, jednak bardziej jako film niż jako ekranizacja. Jego drobną wadą jest na przykład wykastrowanie postaci Rochestera z całej szorstkości ocierającej się czasem o chamstwo i z większości manipulanctwa. Rochester Hurta jest dobrze wychowanym, nieszczęśliwym, szlachetnym mężczyzną z zasadami, który bardzo cierpi i stara się postępować właściwie (nieźle, jak na człowieka, który prawie popełnił bigamię…). Ale i tak warto tę ekranizację zobaczyć, bo to piękny film.

[koniec dopisku]

Ale tak tu się rozpisałam o innych Rochesterach, a patron notki czeka. Poznajcie zatem pana Rochestera (po polsku nie jest tak łatwo i musiałabym napisać „tego Rochestera”, podczas gdy w angielskim dałabym mu po prostu „the”):

Ciaran Hinds

Ciarán Hinds. Oczywiście bokobrody też się załapały.

Oczywiście spora część mojej sympatii do tego Rochestera wypływa z mojego uwielbienia do aktora i z tego jak pięknie tę postać zagrał. Ale i na wygląd Hinds pasuje. Potężny, ciemny, z wydatnym nosem zgarnia przynajmniej kilka punktów za wygląd. Do tego jest to aktor, który wspaniale gra oczami, a jak czytaliśmy oczy są u Edwarda istotne. Przy czym, mimo całego mojego uwielbienia do Ciarána Hindsa, przez większość filmu Rochester jest rzeczywiście brzydki. Tak jak powinien. Nie zagłębiając się zresztą specjalnie w szczegóły, powiem po prostu, że to świetnie zagrana rola w bardzo dobrym filmie telewizyjnym. Bo po całym filmie widać i niski budżet, i inne ograniczenia, więc wiele osób może nie przekonać. Na pewno nie może się równać w kategorii estetyki z Jane Eyre 2011. Za to ma przyzwoity scenariusz, w którym zostały tylko elementy najpotrzebniejsze — między innymi (na szczęście!) do minimum skrócono wątek dzieciństwa Jane i kilka innych pobocznych — dzięki czemu możemy się skupić na ewolucji relacji Jane i Edwarda. Do tego para dobrych aktorów, przyzwoite tło i naprawdę więcej nie trzeba.

Więc nie musicie się już dłużej zastanawiać (jeśli w ogóle to robiliście): tak, to jest właśnie moja ulubiona wersja Jane Eyre z ostatnio widzianych (po niej chyba serial z 2006). Ale myślę, że Ciarán pojawia się w mojej wyobraźni nie tylko dlatego. Po prostu idealnie do tej roli pasuje. Zresztą nawet można znaleźć pewne podobieństwa między jego kreacją, a portretem pamięciowym z początku notki. W związku z czym, na zakończenie pokażę Wam… (chwila napięcia)… Ciarána Hindsa w roli pana Rochestera. Nie musicie dziękować.

Ciaran Hinds

Zafrasowany Ciarán mówi Wam dobranoc.

PS. W zamierzeniu miała to być krótka notka z samymi obrazkami. Jestem niereformowalna.

PPS. Ciarán Hinds jest też „moim” kapitanem Wentworthem z Perswazji, ale jako ta postać wygląda zupełnie inaczej.

PPPS. Jakby ktoś chciał merytorycznie o ekranizacjach, a nie pitolenie o aktorach i kastingu, to tutaj jest krótka notka  Lilybeth o trzech z nich.

Reklamy

28 uwag do wpisu “Panowie Rochesterowie

  1. Pingback: Charlotte Bronte “Dziwne losy Jane Eyre” « Książki Ysabell

  2. Nie czytałam książki (jeszcze) i widziałam tylko wersję z 2011 roku (ze względu na Fassbendera, którego uwielbiam). Jak na film o miłości Jane Eyre i Rochestera to zdecydowanie mało w tyn scen pomiędzy nimi. Po przeczytaniu opisu z ksiażki stwierdziłam, że Fassbender i Toby Stephens są po prostu zbyt ładni na tego bohatera. Scena, w której Mia Wasikowski mówi Fassbenderowi, że nie jest przystojny wywołała mój uśmiech. Koniecznie muszę przeczytać książkę i obejrzeć miniserial i wersję z Ciaranem Hindsem :)

  3. Cały czas miałam w głowie pieśń Starszych Panów „Kapturek ’62”. Nie widziałam wielu ekranizacji, ta z Ciaranem jeszcze przede mną… Ja mam zawsze problem z ekranizacjami. Zwykle mnie coś drażni. Chyba, że sam film, jest tak swietny, że zapominam o zmianach :D

  4. Ysabell – tyś mi siostrą w moim uwielbieniu dla Ciarana!!! No,nie przypuszczałam nawet> Zwłaszcza, że ja absolutnie uwielbiam całkowicie i bezwzględnie ekranizację „Perswazji” z jego udziałem, a większość znanych mi kobiet i dziewcząt wzdycha nad tym wymoczkiem z nowszej wersji, brr ;)
    Wspaniale opisałaś tych panów Rochesterów – widzę, że oglądałam Stephensa, Fassbendera i Hurta, coś mi też świta z tym Daltonem, ale koniecznie muszę zdobyć wersję z Ciaranem :)

  5. Agata, też się uśmiechnęłam w tej scenie, o której piszesz :). Książka jest wspaniała (chociaż nieco staroświecka) ale radziłabym Ci wybrać to nowsze tłumaczenie. Nie czytałam go co prawda, ale to, które czytałam nie było najlepsze. No i Ciaran koniecznie (!), chociaż serial też jest świetny (pomimo urody Stephensa ;) ).

    Elatus, jak najbardziej przyznaję się do inspiracji Przyborą („absencja prezencji” też jego), nie będę się wypierać :). Ja w zasadzie najbardziej lubię ekranizacje marnych książek, o wtedy mają szansę być lepsze od oryginału. Ale czasem zdarzają się wyjątki na szczęście.

    Maniaczytania, o tak, nigdy nie zrozumiem, jak można się zachwycać Penry-Jonesem, kiedy ma się pod ręką Hindsa :). Stare „Perswazje” są wspaniałe do tego stopnia, ze ostatnio obejrzałam je dwa razy dzień po dniu :D. A skoro lubisz Ciarana przynajmniej w części tak jak ja, to ta „Jane Eyre” jest obowiązkowa. :)

  6. Ninedin w rozmowie naprowadziła mnie na trop tej notki, a jako że ostatnio w ramach rozrywek towarzyskich „zaliczamy” kolejne Jane Eyre (a po prawdzie należałoby rzec, że zaliczamy kolejnych Rochesterów, bo oni bardziej kontrowersyjni, ale brzmi to dwuznacznie i nie będę się rozpisywać, bo jeszcze mnie w środku nocy wyobraźnia poniesie…). No i postanowiłam się dopisać, po części z powodu patrona notki, który wydawał mi się obsadą na Rochestera natchnioną, niestety dopóki nie zapoznałam się z realizacją :( Hindsa zasadniczo bardzo lubię, a w „Rzymie” uważam wręcz za baaaardzo atrakcyjnego, no i postura wydawała mi się właściwa – i w ogóle. Ale koncepcja Rochestera w tym filmie nie podobała mi się: (re)czytałam JE niedawno i jak zwykle nie miałam poczucia, że Rochester jest brutalnym bully (wybaczcie, nie będę się silić na polski odpowiednik, bo to nie tłumaczenie literatury ;)), a takim jest dla mnie R. grany przez Hindsa. Oczywiście, przyznam szczerze, że zapewne po części winnym temu odbiorowi jest miniserial z 2006, bo w nim ogólnie, a szczególnie w Rochesterze Stephensa zakochałam się po uszy i jeszcze bardziej, i dla mnie to jest THE wersja: z Rochesterem zmiennym, nieprzewidywalnym, mrocznym i chwilami nieprzyjemnym do bólu, po czym w następnej scenie czułym i melancholijnym, by zaraz wpaść znów w ton nieznoszącego sprzeciwu panicza. Ponieważ oczywiście wpadam w ton fangirlingu, dodam, że po wersji tej nie spodziewałam się niczego szczególnego: kupiłam na chwilowej przecenie w Empiku, bo po przeczytaniu książki czułam głęboką potrzebę obejrzenia wersji z lekka jakiejkolwiek ;) Obsada niewiele mi mówiła, ponieważ nie mam za grosz pamięci do nazwisk, a bokobrody, jak wiadomo, robią swoje, więc nie rozpoznałam natychmiast Gustava Gravesa ;) Swoją drogą, kończąc już ten przydługi i usiany dygresjami komentarz, uważam, że w przypadku Hindsa również bokobrody są wyjątkowo nieudane – wyglądają jak przyklejone w ostatniej chwili niezbyt dobrym klejem. Mogę się mylić, ale fangirling podpowiada mi na podstawie zdjęć prywatnych, że Stephens jednak wyhodował naturalne własne (czego się nie robi dla roli), przez co wyglądają przynajmniej w miarę naturalnie i (co zaobserwowała jakaś nieznana mi bliżej komentatorka na jakimś forum) kolorem odbiegają od farby na włosach (co świadczy na korzyść tej tezy)…

  7. Mężu mój drogi, między innymi za to Cię przecież kocham…

    Drakaina — w zasadzie to jednocześnie się z Twoim komentarzem zgadzam i nie zgadzam. :)
    Bo zgadzam się, oczywiście, o tyle, że Ciaran jest typowym bully i przemocowcem, ale to jest własnie to, co mi się niesamowicie w tej interpretacji podoba, bo kiedy ja ostatnio reczytałam „Jane Eyre”, to właśnie na ten rys książkowego pana Rochestera zwróciłam szczególną uwagę, pisałam nawet o tym w recenzji książki linkowanej na początku tego wpisu. Rochester spełnia tyle kryteriów przemocowego partnera, że aż mnie to zaskoczyło, jak trafnie autorka to oddała. No ale ja jestem ostatnio (przez pracę) mocno wyczulona na te problemy. No i nie jestem psychofanką Stephensa, co tez pomaga. ;)
    I jeszcze na marginesie — czuję się bardzo dumna z tego, że skomentowałaś mój blog. Serio, serio. Byłaś zawsze jednym z moich guru blogowania. Dzięki za komentarz. :)

  8. O rany (to do marginesu), nie wiem co powiedzieć ;) Bo pisząc poprzedni koment, miałam takie głupie uczucie, że pojawiam się człowiek obcy niewiadomoskąd, a komentuję jak bywalec i tak nie wypada… No więc zarumieniwszy się po czubki palców od nóg i włosów jednocześnie, przechodzę do meritum.

    Co do przemocowców, przeczytałam tamten wpis o Jane (i też pewnie skomentuję) i też zgadzam się i nie zgadzam ;) Dla mnie bowiem (ale ja nie jestem psychologiem, tylko summa summarum historykiem, więc siłą rzeczy staram się patrzć głównie przez pryzmat epoki) Rochester jest w obrębie swoich czasów człowiekiem całkowicie nieobiegającym od oczekiwań i Jane to rozumie i akceptuje. On nie jest przemocowcem z charakteru, ale ma pozycję społeczną, która daje mu pewne przywileje (nieistotne, czy słusznie) i on po prostu nie umie inaczej postępować, a na dodatek jest zgorzkniały i szorstki – a przede wszystkim stara się to całemu światu okazać – dopiero Jane powolutku rozbiera tę personę. I Rochester dla Jane zaczyna usiłować to zmieniać, z marnym z początku skutkiem (dlatego pewnie, że nie miał szans tego całkiem zmienić, mamy finał taki, jaki mamy). To zresztą było jedną z rzeczy, które najbardziej ujęły mnie w wersji z 2006 (oglądanej tuż po lekturze i niezależnie od osobistej preferencji co do aktora): np. ta scena drugiej rozmowy w Thornfield (moim skromnym zdaniem jedna z najlepszych scen w tym filmie w ogóle, pod każdym względem), kiedy on najpierw rozkazuje Jane, żeby usiadła (cudne rozegranie tego rozkazu z siadającym Pilotem, co naprowadza Rochestera na to, jak brzmiało jego pierwsze „Sit!”), po czym dodaje łagodniej „sit, if you please”, po czym dalej mówi „I’m learning to be polite”. Tak więc wydaje mi się, że to, co my możemy postrzegać jako przemocowość, w obrębie książki, epoki i co za tym idzie filmów powinno być złagodzone, bo inaczej dla współczesnego odbiorcy dostaniemy kobietę uzależnioną od bijącego ją alkoholika… I ja właśnie z tym mam problem w wersji z Hindsem – że nie rozumiem, dlaczego Jane chce do niego wrócić, jeśli odrzucić wersję uzależnienia od fizycznej i psychicznej przemocy.

    Dobra, proszę się nie śmiać, ale ja mam wrażenie, że Rochester jest ogrem. Nie chodzi o wygląd, bo mnie atrakcyjność fizyczna Rochestera nie przeszkadza (w końcu Jane poza wszystkim w ramach period values _nie może_ mu powiedzieć, że uważa go za atrakcyjnego!), choć Hinds niewątpliwie jest ze wszystkich najbardziej z postury ogrowaty, ale o to, że ogry są jak cebula. Rochester też jest jak cebula i Jane te kolejne warstwy grubej skóry z niego zdejmuje – to, w moim przekonaniu, udało się pokazać wyłącznie w tej wersji ze Stephensem/Wilson.

    (Ha, może nawet reaktywuję, a raczej odreklamuję bloga przy pomocy notki o Rochesterze, ograch i cebuli???)

  9. Ja dla odmiany nie jestem historyczką i tyle wiem, co wyczytam dla przyjemności. Ale czytałam sporo książek z epoki, w których pojawiali się „mroczni” byroniczni bohaterowie, podobni do tego, o którym piszesz. Nawet mogłabym pewnie sporą częścią Twojej charakterystyki obdarzyć pana Darcy’ego (brak umiejętności, żeby było inaczej, szorstkość, uczenie się dla dziewczyny itd)…

    Jednak dla mnie ciągle pod tym co pasuje do epoki i co jest konwencjonalne, pan Rochester wyjątkowo zwrócił moją uwagę. Bo w tej książce jest mnóstwo szczególików, które pokazują jednak dość paskudne cechy charakteru, np: manipulanctwo (wszystkie te rozmowy o żenieniu się z Blanche), próby podejmowania decyzji za kobietę (klejnoty, tkaniny w sklepie itd), niemożliwa do przewidzenia zmienność reakcji, niespodziewane wybuchy, albo grzeczność, a wreszcie to paskudne przenoszenie winy za jego decyzje na drugą osobę (chcesz mnie skazać na upadek przez to, że ode mnie odejdziesz?) — to wszystko są szczególiki (a jest ich jeszcze sporo, ale komentarz ma ograniczoną liczbę znaków :) ), które dla mnie składają się na większy obraz, zwłaszcza że są opisane bardzo precyzyjnie i bardzo „profesjonalnie”… Jasne, można założyć, że to był podówczas typowy sposób zachowania dobrze urodzonego panicza po przejściach, ale jednak mimo wszystko wątpię. Wydaje mi się, ze wtedy zauważyłabym tego typu niepokojące sygnały w wielu innych książkach „z epoki”, a zauważyłam (do tej pory) tylko w Jane Eyre. Jasne, gdzie indziej były niektóre z wymienionych wyżej, ale nigdzie nie występowały w takim pięknym i diagnostycznym zestawie… Dlatego będę mojej tezy o przemocowości wobec Rochestera bronić. Za dużo szczegółów i zbyt dobrze ze sobą „zgrane” (nawet próby przemocy fizycznej mu się przydarzały przecież).

    Co więcej to jest dla mnie trochę książka o tym, że nawet (czasem „zwłaszcza”) przemocowca można kochać pomimo jego zachowania, nawet kiedy zdajemy sobie sprawę z tego co i dlaczego robi. I tutaj akurat jest dla mnie ta Jane bardzo wiarygodna, zwłaszcza że ona sobie z nim doskonale daje radę. Zresztą, szczerze powiedziawszy a akurat w Hindsie widzę pewnie mniej tej przemocowości niż Ty, bo to, o czym piszesz w przypadku Stephensa (dobrze, tylko część tego, ale sporą) spokojnie mogłabym zastosować do filmu z Hindsem. (Może ja na niego mam większe wyczulenie, bo go bardzo lubię? On bardzo często gra samymi oczami, w tych oczach ma więcej niż w gestach i ja to kupuję).

    Widziałaś serial z ’83 z Daltonem? Mam wrażenie, że w nim też pokazali dokładnie to, o czym piszesz w przypadku Stephensa (wszystkie te „if you please” i próby złagodzenia manier. Bardzo mi się ta ekranizacja podobała, bo Dalton wybronił Rochestera z kilku scen, z których ani książka, ani żaden inny aktor mi go nie wybronił. Kawał aktora.

  10. Tak, widziałam Daltona… i nie zmogłam. No po prostu nie zmogłam, ale ja go w ogóle nie bardzo toleruję poza rolą straszliwego Time Lorda :( Dla mnie ta wersja z Daltonem jest najbardziej nieznośna z wszystkich, które widziałam (wbrew temu, co się może z mojej pisaniny wydawać, ta z Hindsem jest chyba na drugim miejscu). I chyba właśnie przez aktorstwo, bo ani Jane, ani Rochester kompletnie tu do mnie nie trafiają. W mojej subiektywnej ocenie Jane gra tu gorzej od Alicji B-C w „Panu Tadeuszu” – a jest to rola, którą do niedawna uważałam za najbardziej drewnianą w adaptacjach literatury. Pal licho archaiczną – nawet jak na BBC lat ’80 – teatralność realizacji: zrobiony w tym samym stylu wcześniejszy „Ja, Klaudiusz” jest nadal jednym z moich ulubionych seriali… Z tym że w „Jane” jest chyba większa jeszcze koturnowość niż tam. Serial z Daltonem, mnie najzwyczajniej pod słońcem znudził – i piszę to z autentyczną przykrością, bo jednak spodziewałam się czegoś, co mnie nie może nie zachwyci, ale raczej rozbawi niż zanudzi na śmierć :( Aha, to jest dla mnie najgorsza „Jane” jako całość, bo jako sam Rochester jeszcze gorszy w moim mniemaniu jest William Hurt, którego uważam za całkowitą pomyłkę…

    Nawiasem mówiąc, w kwestii gry oczami (i napięciem mięśni twarzy, bo nawet nie minami), to też będę bronić Stephensa. Druga rozmowa w Thornfield, a zwłaszcza reakcja na wiadomość o przyjeździe Masona – to dla mnie mistrzostwo świata. No i nic nie poradzę – zachwyca mnie również gra głosem. Radiowego Chandlera znam już na pamięć ;)

    A wracając do meritum: pewnie jako profesjonalistka jesteś wyczulona na drobiazgi, co doceniam, i zgadzam się, że Rochester ma bardziej gwałtowny charakter niż Darcy – ale to też kilkadziesiąt lat między książkami, mimo wszystko duże różnice obyczajowe między Regencją a nawet wczesną Wiktorią. Takoż różnica między Lizzie (która jest „córką dżentelmena” i formalnie nawet Lady Katarzyna może jej wytykać wyłącznie brak pieniędzy) a Jane, której matka popełniła mezalians, w związku z czym mimo koligacji z gentry nie jest za takową uważana. No i Darcy jest tylko rozpieszczonym paniczem, który mizantropię i mroczność sobie po bajronicznemu wmawia, a Rochester to rzeczywiście facet po przejściach, który doskonale wie, że jeśli chce być szczęśliwy (a i wybrankę uczynić szczęśliwą – czyli żoną, a nie kochanką), to z punktu widzenia prawa musi popełnić przestępstwo (ton powieści Austen i Bronte też zupełnie inny…). Skądinąd ja bym chyba nawet wolała, żeby historia z Berthą była bardziej „bajroniczna”, tzn. autentyczny błąd młodości – autentyczne zakochanie w egzotycznej piękności, a nie ta historia z ojcem w tle.

  11. Mi się serial z Daltonem bardzo podobał, ale może to dlatego, że nastawiałam się na to, że będzie nie do oglądania. Ale z drugiej strony jeszcze nie trafiłam na ekranizację JE, która by mi się zupełnie nie podobała. Nawet kiedy tak totalnie zmieniają całą opowieść, jak w filmach z Hurtem i Fassbenderem. Hurt zresztą podobał mi się ogromnie, chociaż (oczywiście) napisali mu zupełnie innego Rochestera niż ten książkowy. Najmniej chyba jednak lubię najnowszy film, bo tam nie ma dość czasu na pokazanie relacji…

    Więc raczej się nie porozumiemy co do preferencji, zwłaszcza, że i co do Stephensa się różnimy. Na mnie specjalnego wrażenia nie zrobił. Całą ekranizację bardzo lubię, ale jakoś mi się on specjalnie nie wyróżnia. Mocna środkowa pozycja. :)

    Natomiast co do Darcy’ego nie chciałam sugerować, że można ich rozpatrywać w dokładnie tej samej kategorii, tylko że po prostu o ile w przypadku Darcy’ego wystarczają mi wytłumaczenia w stylu „bogaty paniczyk z epoki”, to już zachowanie Rochestera jest dla mnie zdecydowanie powiązane z jego cechami charakteru, a nie czasami, w których przyszło mu żyć. Zresztą co tu dużo mówić — współcześni przemocowcy też są bardzo często tłumaczeni „błędami młodości”, „trudną sytuacją w życiu” i „wychowaniem na takich, a nie innych wzorcach”. ;)

    Dlatego dla mnie właśnie pokazanie tego dokładnie, nie łagodzenie zachowań Rochestera, a za to pokazanie jak sobie z tymi zachowaniami radzić jest ogromną zaletą filmu z Hindsem.

  12. Ależ ze mnie sprytne stworzenie, od dawna kojarzę, że masz drugi blog i dopiero wczoraj naprawdę na niego trafiłam. Nie będę dzisiaj słodziła ogółowo, zajmiemy się sprawą najważniejszą, pan Rochester!
    Zgadzam się w zupełności jeśli chodzi o Ciarana Hindsa, ale mam okropną słabość do tego aktora i nie wiem czy jest rola, w której nie uważałabym że jest cudowny i idealnie dobrany… Zapewne jest, ale może nie będę jej szukać.
    Inna kwestia, Hinds dobrze oddawał wyobrażenie „mojego” Rochestera, a np. Fassbender jest od niego jak najdalszy. Fassbenderowi talentu za trzech nie odmawiam, ale nie jest specjalnie gwałtowny czy mroczny, nie w sensie powieści o prawie gotyckim charakterze… Fassbender był raczej oschły i nieprzyjemny, ale nie wierzyłam w jego wybuchowość, a Rochester jakoś łączył w sobie te wszystkie cechy i jeszcze chyba tylko Stephens mnie w roli Rochestera jako tako zadowalał.
    Ale też żyłam w niewiedzy. Orson Welles! On by mógł sokowirówkę grać i też byłby wiarygodny… Ale rzeczywiście aparycja lata świetlne od książkowego pierwowzoru.
    Natomiast że Dalton był i Rochesterem, i Rhettem, i (o losie, miej litość!) Heathcliffem… To jest pewna ciekawostka :) Dalton nie jest złym aktorem, ale gładkim, nawet jeśli ponury, pozostaje gładziutki (i niekoniecznie mam tu na myśli zarost). I chyba taki z niego Rochester (czy Heathcliff, to jest ta raczej traumatyczna część ciekawostki…), jak ze mnie rosyjska księżniczka.
    Ale skoro piszesz, że serial z Daltonem dawało się obejrzeć, to ja muszę! Czuję, że radości będzie co niemiara.
    Tylko ten Heathcliff w jego wykonaniu to mi się w nocy przyśni w formie koszmaru. No nic, Ralph Fiennes też mnie w tej roli nie zachwycał.
    Widzisz Ysabell, tak jak Ty najwyraźniej bardzo lubisz „Jane Eyre”, to ja przepadam za „Wichrowymi Wzgórzami”, ale przez kolejne ekranizację siwieję. Tak bardzo bym chciała zobaczyć porządnego Heathcliffa i wiarygodną Katarzynę. Ile bym szacunku nie żywiła dla Laurenca Oliviera, Heathcliffem jest idiotycznym

  13. Och, ja też bym chciała „Wichrowe wzgórza” z obsadą, która by mnie zadowoliła… Tu nie mam żadnego kandydata do choćby jako takiego zadowolenia, z wszelkiego istniejącego zła jak na razie wybieram z ciężkim sercem Fiennesa, choć Binoche nie cierpię i jest mi ona w stanie każdy film obrzydzić swoją niezmiennie cierpiętniczą facjatą ;) A tak poza tym zmilczę może lepiej, kogo bym najchętniej jako Heathcliffa zobaczyła w ramach Bronte’owego hat tricku ;)

    Skądinąd Dalton jako Rhett to już była jak dla mnie obraza ostateczna, ale cała ta powieść wraz z jej ekranizacją to jedna wielka obraza (no dobra, w serialu Sean Bean się broni, choć też postać napisana do rzyci). No ale mnie jego aktorstwo nie przekonuje, jakoś nie potrafię w nim dostrzec tego nieprzeciętnego, jak głoszą, talentu :(

  14. Lirito, jak miło Cię tu widzieć. Zwłaszcza, ze podzielasz moją miłość do Hindsa. :)
    Zdanie o Orsonie Wellesie i sokowirówce niniejszym staje się moim ulubionym i mam zamiar go używać. Prawie spadłam pod biurko… Ale, co tu dużo mówić, masz rację. Warto tę ekranizację zresztą obejrzeć, chociaż oczywiście to zupełnie inna opowieść. Trochę szkoda, że nie poczekał z kręceniem jej jeszcze dziesięciu lat…
    A Dalton? Cóż, Dalton jest zdecydowanie za gadki (wiem o co ci chodzi!) i za piękny na Rochestera, ale mnie się bardzo podobał. Oczywiście serial jest niemiłosiernie koturnowy, ale choćby dla Daltona rzucającego z całkowicie poważną miną mroczne teksty — warto. Z drugiej strony, ja włączyła dla pośmiania się, a zostałam dla ciekawej ekranizacji (jak dla mnie każdy kolejny odcinek był coraz lepszy), a Drakaina nie zmogła, więc przewidzieć reakcji widza najwyraźniej nie sposób…
    No właśnie „Wichrowych Wzgórz” jakoś nie pokochałam. Mam zamiar sobie je przeczytać ponownie i zobaczyć jak zareaguję teraz, zwłaszcza że powoli czytam książki sióstr Bronte, więc i „Wichrowe Wzgórza” gdzieś się w kolejce trafią. Za to rzeczywiście mam wrażenie, ze — w przeciwieństwie do „Jane Eyre” — do ekranizacji mają raczej pecha. Tej najnowszej nie widziałam, ale ze starszych żadna mnie nie porwała…

    Drakaina, jakoś się domyślam tego zmilczanego :) (dla mnie on trochę za mało czarny w kolorycie, ale talent ma, nie zaprzeczę).
    A poza tym „Scarlett” to jest rzeczywiście porażka w każdej wersji (i papierowej, i filmowej), choćbym nie wiem jak lubiła Beana…

  15. Pingback: Najpiękniejsza historia miłosna na świecie « Ysabell's Weblog

  16. @Drakaina, czy „Scarlett” to serialowa ekranizacja tej nieszczęsnej książki o jej dalszych losach? Czytałam to cudo, porażało, naprawdę.
    Natomiast zafrapowało mnie, kogo takiego byś widziała w roli Heathcliffa, że aż nie chcesz się przyznać :)
    Kwestia Daltona natomiast… Hm, może tak, przy roli Clarke’a Gable nie miał szans, nie miał nawet startu. Nie twierdzę, że jest aktorem wielkiego talentu, ale jakoś nie uważam również, żeby był tragedią, szczególnie starszy robi niezłe wrażenie na drugim planie, gdzie zwykle się pojawia.
    A Juliette Binoche również nie trawię zbytnio na ekranie, dobrze, że nie ja jedna.

    @Ysabell, sokowirówka to słowo, którego używam zadziwiająco często, tak zauważyłam ostatnio… Nawet jeśli ma to podłoże psychologiczne, nie chcę wiedzieć :) Zdanie oddaję, proszę bardzo, radość jest ważna.
    Gładki Dalton w „Jane Eyre” musi być hitem, w ogóle ten serial musi być hitem, obejrzałam plakaty, śliczne :) tylko ona jakaś taka stara… Ale za to piękny Dalton w roli Rochestera wyrównuje temat. Ja pewnie również bym się ubawiła tą wersją, ale nie wiem czy będę aż tak zdeterminowana żeby ją kiedykolwiek zobaczyć. Trochę nęci :)
    „Wichrowe Wzgórza” też może trochę trudniej zekranizować, to nie jest przyjemna historia, nie jest również nawet w połowie tak plastyczna jak „Jane Eyre”. „Wichrowe Wzgórza” to jeden szaleniec w ciemnej kuchni i duch za oknem, a w retrospekcjach skomplikowana historia, która na ekranie na razie wyszła wszystkim mocno papierowo. Nie wiem jak to się dzieje, bo książka mnie wciąga niesłychanie. A te filmy jakieś takie bez sensu.
    Czytaj ponownie, powolnie, akurat może tym razem… Chociaż wiadomo, każdemu wedle gustu, zasług i potrzeb ;)

  17. Lirito, Dalton jest wspaniały. Ona też daje radę, ale dla niego samego warto. Aż się nie mogłam powstrzymać i w trakcie oglądania zrobiłam (tymi rękami!) dwa gify. Z zrobiłabym nawet więcej, gdyby to mi nie zajmowało tyle czasu. Są tutaj razem z jednym Wellesem, przed którym też nie mogłam się powstrzymać. :)

  18. Ojej, jak Orsonowi ten płaszcz łopocze! Klasa :)
    A Ty nie przesadzasz? Książki Ysabell, Weblog Ysabell, Obrazki Ysabell… Kobieta renesansu!
    A gify są piękne, padłam z wrażenia.

  19. Łopocze, prawda? Cały ten film taki piękny i taki wystylizowany. Mam nadzieję, że zachęciłam. :)

    A co do renesansu, to mam też Pinteresta (czy jak inaczej się nazywa konto na takowym) i Facebooka. Nie nazwałabym tego renesansem, nazwałabym to kreatywnym traceniem czasu… Ale dzięki. :)

  20. @Liritio – alas, Scarlett to ekranizacja cuda powieściowego pod tym właśnie tytułem… W zamierzchłych przedblogowych czasach popełniłam recenzję tego arcydzieła w formie felietonu, który dopisywał dalsze ciągi do klasyki literatury polskiej, była tam m. in. Izabela Łęcka jako szarytka opiekująca się w szpitalu ożenionym z nie pamiętam kim Wokulskim, i odkrywająca – prawie że za późno, że go zawsze kochała.

    Wracając zaś do Daltona, być może już tu pisałam, a może nie, że naprawdę podobał mi się wyłącznie jako zły zły zły i wredny Time Lord, bo tam ten nigdy nie spełzający z jego facjaty uśmieszek (nawet kiedy się nie uśmiecha) paradoksalnie mi pasował. Ja się kajam i fanki przepraszam, i w ogóle jak zawsze w takich sytuacjach strasznie mi głupio, ale dla mnie to jest aktor z gatunku tych, których określam jako „aktorów jednej miny”: niby rusza mięśniami twarzy, ale…

    A co do Heathcliffa, to oczywiście (znaczy się w kontekście mojego fangirlingu oczywiście) chciałabym zobaczyć hat trick Bronte’owy w wykonaniu Stephensa: Anne była (Tenant of Wildfell Hall), Charlotte była (Jane Eyre), więc czas na Emily… No i nie nie chciałam się przyznać, tylko w kontekście moich wcześniejszych wypowiedzi oraz własnej Rochesterowej notki, której tu jeszcze nie reklamowałam (ale na książkowym owszem: http://ferengis.blox.pl/2013/01/Edward-Rochester-byl-ogrem.html ) wydawało mi się to aż nazbyt oczywiste :D Wiem, że on bardzo brytyjski w kolorycie, ale nie oszukujmy się: żaden dotychczasowy naprawdę na Cygana nie wyglądał… A, jak zauważyła słusznie Ninedin (w kontekście debat o fikcyjnej brytyjskiej obsadzie Wiedźmina), ja mam słabość do facetów, którzy potrafią się uśmiechać w jednej chwili czarująco, a w następnej (nadal uśmiechać się) tak, że dreszcz człowieka przechodzi, a po prawdzie takiego Heathcliffa bym chętnie zobaczyła.

    @Ysabell – czym się robi gify? czym się robi gify?

  21. Drakaina, nie masz gdzieś może tej recenzji, bo dużo bym dała, żeby ją przeczytać… Brzmi przepysznie. :)
    A czym się robi gify może Ci napiszę na maila, co? Albo jakąś inną drogą, którą wolisz…

  22. Jasne, pisz na maila. A recenzję postaram się odgrzebać, to jeszcze w drukowanej prasie było, ale mam teczkę z „clippings”, więc powinnam się tego doszukać. Zeskanuję i takoż mailem. Na fejsbuku się kiedyś też reaktywuję, ale obiecałam sobie, że nie zrobię tego przed wyekspediowaniem artykułu, który miał być gotowy na koniec października, a wciąż go piszę i piszę…

  23. @Ysabell, Pinteresta? Nie słyszałam o takim cudzie, ale w chwili wolnej znajdę i rozpracuję temat… Nie może być tak, że umyka mi jakiś sposób kreatywnego tracenia czasu!

    @Drakaina, Łęcka i Wokulski ciąg dalszy? Brzmi pięknie… I prawie równie przerażająco co „Scarlett” dalsze losy. Nadal nie mogę wyjść z podziwu, że swego czasu naprawdę przeczytałam tę książkę.
    Dalton… Inną kwestią jest fakt, że mimo pewnej sympatii do tego aktora ani nie jestem pewna jak on rzeczywiście gra, to znaczy mam jakieś wrażenie jego osoby, ale nigdy aż tak nie przykładałam uwagi do jego faktycznej metody, możliwe, że jest to jedna mina, w takim razie musi być całkiem niezłą miną, skoro jego daltonowość mnie nie drażni.
    Ale Stephens jako Heathcliff… Musiałabym to zobaczyć, nie znam aż tak tego aktora i chociaż w pierwszej chwili zmarszczyłam się na nie, to w sumie ja nie mam wizji kogo tak naprawdę w roli Heathcliffa bym widziała, możliwe, że Stephens byłby znacznie lepszy niż wszyscy inni.
    A jeśli chodzi o słabość do uśmiechów dobrych i uśmiechów złych, świetnie Cię rozumiem.
    O Edwardzie, który był ogrem z chęcią przeczytam jak tylko znajdę minimalnie więcej czasu, po rzuceniu okiem to jednak ma solidną długość.

  24. Drakaino, czyli, jak rozumiem, artykuł już wyekspediowany?

    Liritio, Pinterest to genialny pożeracz czasu, a mnie możesz znaleźć tutaj.

  25. Wyekspediowany jeszcze nie, ale gotowy do :)

    Btw nadrobiłam już prawie wszystkie JE, brakuje mi tylko ’63 do kompletu tych, o których znalazłam tu i w linkowanych artykułach informacje, więc zbieram się (a i Ninedin też) do zbiorczej recenzji głównie Rochesterów, ale i innych elementów…

  26. Ja swoją wiedzę o ekranizacjach JE czerpałam z IMDB tym sprytnym sposobem, że sobie sprawdzałam postać: o tak. I po odsianiu Morza Saragassowego i wersji z teatru TV, o których co najwyżej mogę pomarzyć stworzyłam sobie listę. :)
    Może się przyda.

    PS. W takim razie (skoro gotowy do), o gifach Ci napiszę na FB.

  27. Pingback: Nakręć to jeszcze raz, Sam | Ysabell

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s