Stworzenie Frankensteina

Widzieliśmy wersję dolną, chociaż zapowiadana była górna.

Problem z chodzeniem na transmisje przedstawień (czy to operowych, czy teatralnych) ze znanych scen świata jest zawsze taki sam. Nie sposób potem delektować się tym, co mają do zaoferowania łódzkie teatry. Nie sądzę, żebym po obejrzeniu nagrania z „Frankensteina” z Royal National Theatre była w stanie patrzeć spokojnie na spektakle takiego na przykład Teatru Nowego, ale nie mogę powiedzieć żebym żałowała. Na Frankensteinie Nicka Deara (wg Mary Shelley) byliśmy z moim Ulubionym Mężem w czwartek, zdołałam więc do dzisiaj przegadać temat kilka razy i przeczytać co najmniej cztery recenzje (a niektóre nawet obszernie skomentować). Skoro mimo tego wszystkiego mam ciągle ochotę napisać coś na blogu, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to naprawdę świetna produkcja.

O tym, że Multikino ogólnie, a w naszym przypadku łódzki Silver Screen, dzięki współpracy z Bitish Council planuje pokazać jeden ze spektakli z cyklu National Theatre Live nie dało się dowiedzieć inaczej niż przypadkiem. Na szczęście wśród moich wirtualnych znajomych jest trochę fanów kultury brytyjskiej w ogóle, a Benedicta Cumberbatcha w szczególe, więc udało mi się nie tylko dowiedzieć, że projekcja się odbędzie, ale też, że za nic nie można tego przegapić. Po pierwsze — bo aktorzy (Benedict Cumberbatch i Johnny Lee Miller, czyli wszyscy jesteśmy Sherlockami), po drugie — bo reżyser (Danny Boyle, którego nawet ja kojarzę), a po trzecie — bo to w ogóle dobra rzecz jest.

I rzeczywiście. Wyszłam z kina z cudownym uczuciem, jakie się ma po obejrzeniu czegoś dobrego i z wielką tęsknotą za tym, żeby i u nas teatr bywał tak bezpretensjonalny i rozrywkowy, a jednocześnie skłaniał do myślenia. Nick Dear (którego kochamy za scenariusze do nowych Poirotów i starych Perswazji) napisał Frankensteina na nowo, prawie nie zmieniając historii Mary Shelley. Udało mu się świetnie: wybrał najważniejsze epizody, uniknął dłużyzn, dodał sporo humoru i zmieścił całość w dwóch godzinach.

Ten spektakl to idealna popisówka dwóch aktorów: pierwsza połowa to opowieść o Stworzeniu (Creature), druga — o Victorze Frankensteinie. I chociaż Victora na scenie jest mniej, a jego rola jest mniej efektowna, to przecież nie można stwierdzić, żeby był w sztuce mniej ważny. Dzisiaj oczywiste jest, że będziemy się w tej historii dużo uważniej przyglądać Stworzeniu. Tworzący został już wielokrotnie przeanalizowany. Te wszystkie odpowiedzialności za swoje dzieło, te wszystkie ostrzeżenia przed zajmowaniem pozycji Boga, czy wreszcie wszystkie analizy powodów, dla których Victor prowadził swoje eksperymenty — to wszystko nie dość, że było, to jeszcze wydaje się nam dużo mniej ciekawe niż kwestia Stworzenia.

Stworzenie i Elżbieta

Analizując historię Stworzenia możemy postawić odwieczne pytanie o źródło pochodzenia zła i dobra w człowieku, możemy się zastanawiać nad tym, czy kształtuje nas natura czy kultura, rozum czy uczucia, jaki wpływ na nasze postępowanie mają inni ludzie i nasze wcześniejsze doświadczenia. I to wszystko, oczywiście, w tym Frankensteinie było. Najprostsza interpretacja jest taka, że z nich dwóch, to Victor Franenstein jest potworem, a Stworzenie biedną ofiarą okoliczności. W ogóle w analiza Frankensteina jest rajem dla tych wszystkich, którzy katują każde dzieło kultury Freudem i psychoanalizą. Odrzucenie przez Ojca, id (Stworzenie), ego (Victor) i superego (jego ojciec) i mnóstwo innych uroczych symboli, no po protu orgia (psycho)analizy. Na szczęście, spektakl (mimo początkowych wycieczek w te rejony) nie poszedł w tę stronę. Stworzenie jest tutaj świadome tego co robi, zdaje sobie sprawę ze swoich czynów i ich konsekwencji, dąży do swojego celu po trupach, racjonalizuje, targuje się, błaga, manipuluje i kłamie ucząc się co prawda od ludzi, ale też ucząc się całkowicie świadomie. Spójrzmy też na co innego: jeżeli Stworzenie samo uczy się chodzić na dwóch nogach, uczy się tych ruchów nie przyglądając się nikomu, samo odkrywając swoje możliwości, jeżeli cała jego fizyczność wypływa z jego wnętrza, to (zwłaszcza biorąc pod uwagę, że ludzkie dzieci mają inaczej) zakładanie, że jego zachowanie wypływa tylko z okoliczności, w których się znalazło jest bezsensowne.

Ciekawa jest też wizja Stworzenia w sensie czysto estetycznym. To już nie jest Boris Karloff z gwoździami wystającymi z czaszki. Stworzenie wygląda jak człowiek, może jak brzydki człowiek, kaleka albo trędowaty, ale też nie odróżnia się od ludzi tak bardzo, żeby wzbudzać tak silne reakcje. Dlaczego na jego widok wszyscy ludzie reagują paniką i agresją? Czy to taki prostacki sposób pokazania ludzi, którzy odrzucają wszystko co inne? W czasach tuż po wojnie kaleków musiało być mnóstwo, a jednak Stworzenie wszystkich przeraża. Może to również dlatego, że ten Frankenstein dzieje się już w erze rewolucji przemysłowej, w tych czasach, w których ludzie oglądają chętnie deformacje w cyrkach, ale nie na ulicach. Zresztą to przesunięcie w czasie wpływa na całą historię, a najbardziej chyba na widzenie Victora Frankensteina, który (sama się sobie dziwię) wydał mi się ciekawszym z dwóch głównych bohaterów.

Kiedy przykładamy Victora do romantyzmu jest „Nowym Prometeuszem”, zwiastunem Wieku Nauki, człowiekiem który nauką i dla nauki żyje. Paradoksalnie, kiedy umieścimy go w kontekście rewolucji przemysłowej, pokażemy go jako człowieka, który swoje prace wywodzi od alchemików i kabalistów, a siebie uważa za lepszego od całej reszty pospólstwa — otrzymamy maga w świecie nauki. Victor tworzy życie, bo jest w stanie to zrobić. Jest z siebie dumny, bo osiągnął kolejny stopień wtajemniczenia, ale jednocześnie swojego „dzieła” zupełnie nie traktuje naukowo. W jego stosunku do Stworzenia dopiero pod koniec pojawia się naukowe zainteresowanie, wcześniej jest ono prostym produktem eksperymentu. O tyle nieistotnym, że dla Victora wartością nie jest stworzona istota, ale akt tworzenia sam w sobie, jego własna magia.

Victor jest na tym najprostszym, rzucającym się w oczy, poziomie kaleką emocjonalnym. Człowiekiem, który ma problemy z odczuwaniem, a tym bardziej z okazywaniem uczuć. Na tym poziomie egocentryczny Frankenstein, nie mogąc znieść tego, że Stworzenie pod jakimś względem jest od niego lepsze, że jest w stanie przeżywać emocje, które jemu nie są dostępne, odgrywa się na nim powodowany zemstą i urażoną miłością własną. Ale przecież w tym Frankensteinie rozpalają się czasem uczucia: pycha i miłość własna, kiedy zgadza się na prośbę Stworzenia, bo ta stanowi dla niego wyzwanie; wściekłość, rozpacz i chęć zemsty, kiedy giną jego bliscy i kiedy Stworzenie okazuje się lepsze od niego; może strach, kiedy myśli o konsekwencjach zbudowania kobiety. Victor nie jest socjopatą, choćby był grany przez Cumberbatcha.

Stworzenie.

Drugi poziom bliższy jest historii doktora Jeckylla i jego przyjaciela, pana Hyde’a. Przecież Victor i Stworzenie nie pojawiają się w żadnej scenie, w której byłby ktoś trzeci. Co więcej, nie ma żadnej sytuacji, w której możemy ich umiejscowić w dwóch różnych miejscach. Kiedy Stworzenie powstaje, przeraża Frankensteina, który potem zamyka się w swoim pokoju, więc nikt go nie widzi przez wiele miesięcy. W tym czasie kształtuje się odrzucane przez wszystkich ludzi Stworzenie. Stworzenie odrzucone przez Ojca (zaraz potem zobaczymy ojca Victora, który nie chce mu nawet pozwolić na udział w poszukiwaniach brata i odsyła go do pokoju), wyśmiewane i krzywdzone przez innych (czy Victor w swoim monologu o szkole nie jest typowym klasowym wyrzutkiem, który uczy się pogardzać ludźmi?). Stworzenie, które mimo wcześniejszego przerażenia Frankensteina chce się znowu z nim spotkać. A kiedy już się spotka, namawia go do utworzenia istoty, którą można by bezpiecznie pokochać: istoty pięknej ale nie mającej żadnego wyboru, nie mogącej kochanka skrzywdzić odrzuceniem. Ale kiedy uzmysławia sobie jak silną i wszechogarniającą emocją jest miłość i jak wrażliwym na zranienie jest ten, kto się jej poddaje, niszczy nową Istotę. Ponieważ Victor ciągle boi się poddać namiętności, kojarząc ją z popędami Stworzenia i z wrażliwością na zranienie, zrozumiałe jest jego zdenerwowanie w noc poślubną i logiczny jej finał. W takiej interpretacji zrozumiałe jest to, że Victor nie może zabić Stworzenia i to, że Stworzenie ratuje Victora. Są jednym, jak najbardziej dosłownie, rację mają wszyscy wokół, którzy widzą we Frankensteinie zabójcę brata i żony. Problem jest taki, że ta interpretacja wydaje mi się również nieco prostacka.

Bo na trzecim poziomie mamy Victora Frankensteina, który dorasta. Na początku, kiedy tworzy Stworzenie jest dzieckiem: egocentrycznym, samolubnym i nieodpowiedzialnym. Dzieckiem, które nie jest zdolne do dojrzałych emocji, któremu zawsze mu na wszystko pozwalano, wychowując „bezstresowo”, które nigdy nie ponosiło konsekwencji swoich czynów. Wreszcie jednak pojawia się czyn, który rodzi konsekwencje, z którymi musi poradzić sobie sam. Stworzenie po raz pierwszy wzbudza w nim tę myśl, która u de Lacey’a (ślepca z chatki na pustkowiu) pojawiła się jako pierwsza: „Co ja zrobiłem?!”. Frankenstein musi sam stawić czoła Stworzeniu i jego działaniom, powoli dorasta do dorosłych emocji, do odpowiedzialności, żeby w finale (bo scenę z sypialni uznaję za finał) zostać powalonym rozpaczą (rozpaczą, której nie czuł jeszcze po śmierci brata), a w epilogu dorosnąć ostatecznie: przyjmując odpowiedzialność za swoje czyny i stawiając sobie za cel ostateczne zniszczenie zła, które powstało dzięki niemu. Taka interpretacja podoba mi się chyba najbardziej, może dlatego, że z wszystkich jest najbardziej optymistyczna. Zresztą nie przypadkiem w scenie na fotografii to Stworzenie zajmuje miejsce Boga z fresku Michała Anioła: to jest opowieść nie tyle o Stworzeniu Frankensteina, ile o stworzeniu Frankensteina: powstawaniu dojrzałego człowieka z dziecka.

Lubię sztuki, które zostawiają mi możliwość wyboru interpretacji, która mi najbardziej odpowiada. Pod tym względem Frankenstein nawet przewyższa moje oczekiwania. W zasadzie pod innymi też, jako że nie jestem zwolenniczką teatru nowoczesnego. Bardzo mnie przeraziła pusta minimalistyczna scena i tarzanie się po podłodze Johnny’ego Lee Millera, a potem musicalowy pociąg… Ale z każdą chwilą było lepiej, pieniądza na sceniczne efekty wykorzystane zostały jeszcze lepiej niż te, które MET wydało na Pierścień Nibelungów, a już światło było po prostu genialne. Instalacja z żarówek grająca wszystko: błyskawice, ogień i sny, wyciemnienia części sceny, oświetlenie bohaterów — dla samych świateł warto by było obejrzeć to przedstawienie.

Aktorsko obaj panowie poradzili sobie świetnie, chociaż Cumberbatch trochę lepiej.

Jeśli o aktorstwo chodzi, Benedict Cumberbatch potwierdził moje podejrzenie, że jest genialnym aktorem (zaczęłam to podejrzewać po Tinker, Tailor, Soldier, Spy), chociaż nadal nie podoba mi się z urody (nic, czego jakieś dwadzieścia-trzydzieści dodatkowych lat na twarzy by nie naprawiło), a Johnny Lee Miller dał z siebie wszystko, mając do zagrania rolę niesamowicie fizyczną i (jak sądzę) straszliwie wyczerpującą. Miller nie do końca mnie jako Stworzenie przekonał, ale też przyznaję że zagrał świetnie. Cała reszta obsady moim zdaniem nie odstawała od odtwórców głównych ról. Zarówno Naomie Harris jako Elżbieta (jedna z ciekawszych, swoją drogą, postaci tej sztuki — aż szkoda że ta notka jest już dużo za długa, żeby o niej napisać), jak i George Harris w roli ojca oraz Karl Johnson jako De Lecey bardzo mi się podobali. Nawet William był zagrany bardzo ładnie, a ja zawsze strasznie się boję dzieci na scenie.

A najzabawniejsze jest to, że — tak jak pisałam na początku — to wcale nie jest poważna, przygnębiająca i ciężka sztuka. Frankenstein jest tak naprawdę przedstawieniem rozrywkowym. Sprawnie napisanym, świetnie zagranym, genialnie wyreżyserowanym, ale ciągle rozrywkowym. Dokładnie tak, jak Frankenstein Mary Shelley. To idealny spektakl, żeby zabrać na niego klasę licealną: zachwyciła by ich realizacja, z pełnym wykorzystaniem możliwości obrotowej sceny i świateł (jak genialne są tu światła!), rozbawiłby humor, więc nie zanudziliby się i może po wyjściu zaczęliby myśleć. Zwłaszcza, że nie ma tu nachalnego moralizowania. Strasznie chciałabym, żeby takie przedstawienia dało się znaleźć również w Polsce.

***

Dla zainteresowanych, inne recenzje/wrażenia/relacje/notki (jeśli macie linki do innych, podzielcie się):

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Stworzenie Frankensteina

  1. Pingback: Miejsca godne i niegodne, czyli o NT Live z małą domieszką MET Live in HD | Ysabell's Weblog

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s