Międzynarodowy Dzień Teatru 2010

W sobotę mieliśmy Międzynrodowy Dzień Teatru, święto młode (obchodzone od 1962), ale jakże przyjemne! Miło jest móc obejrzeć od środka teatr (w tym roku zrobił nam taki prezent łódzki Teatr Wielki), obejrzeć jakąś sztukę (na żywo albo chociaż na video), albo przynajmniej zaszyć się gdzieś z dramatem pod pachą i świątecznie przeczytać sobie coś miłego.

W tym roku w ramach MDT poszliśmy na transmisję HD z Met. Wiem, wiem, że to opery. Ale po pierwsze — opera też teatr, a po drugie — w sobotę tą operą był akurat Hamlet z muzyką Ambrożego Thomasa. A co jak co, ale Hamlet nadaje się na każdy Dzień Teatru, nawet Hamlet śpiewany i nawet na Dzień Międzynarodowy…

Nie mam dziś zamiaru pisać recenzji z opery, a raczej uczcićtegoroczny Dzień Teatru w inny sposób, więc o samym Hamlecie tylko kilka słów. Bardzo był przyjemny muzycznie, jednak co XIX wiek, to XIX wiek. Świetnie zagrany i zaśpiewany — doskonali Gertruda (Jennifer Larmore, mezzosopran) i Klaudiusz (mój ukochany bas James Morris), naprawdę bardzo dobry Hamlet (Simon Keenlyside, baryton), do tego naprawdę niezła Ofelia (Marlis Petersen, sopran, która o swoim zastępstwie za Natalie Dessay dowiedziała się ledwie kilka dni wcześniej) i zabawni grabarze. To wszystko właściwie wystarczyłoby na bardzo dobrą operę, gdyby reżyserowie i scenograf (no i, trochę mniej, kostiumolog) nie zmówili się przeciwko wystawieniu. W zasadzie pewnie pełna wina powinna spaść na reżyserów (Michel Carre i Jules Barbier) za koncepcję. Owszem, nie znoszę teatru współczesnego, ale jak się już tak bardzo chce robić teatr współczesny, to można chociaż zrezygnować z hektolitrów sztucznej krwi i bukietów w wazonach zamiast łąki — jak już umownie, to umownie. A ten, kto wymyślił (jako kostium króla!) frak na puklerz, powinien się smażyć w piekle. Poza tym, jak się ma obsesję na punkcie krwi, to może się wziąć do reżyserii Makbeta, a nie Hamleta akurat?

No, ponarzekałam sobie trochę, ale bardzo mi przykro, że tę naprawdę dobrą operę ze świetną grą aktorską, naprawdę dobrym śpiewem i moim ukochanym basem tak strasznie spaprali, że najlepiej się ją „oglądało” z zamkniętymi oczami…

Ale napisałam już sporo o tym, czego pisać nie chciałam, to może chociaż trochę o tym, co bym chciała napisać. W ramach Międzynarodowego Dnia Teatru pięć sztuk, które mam ochotę obejrzeć jeszcze raz, bo albo oglądałam bardzo dawno, albo się za nimi po prostu stęskniłam. I nie będę szła na łatwiznę wybierając Zemstę Fredry, Ich Czworo Zapolskiej czy Wiśniowy Sad Czechowa, które przychodziły mi do głowy w pierwszym momencie. Nie — pogrzebałam głębiej i wymyśliłam pięć sztuk nieco mniej popularnych.

1. Ludwik Hieronim Morstin „Obrona Ksantypy”

Wszyscy, jak sądzę, wiedzą kim była Ksantypa. Po żonie Sokratesa został nam w języku synonim swarliwości, złośliwości i ogólnej upierdliwości. Wiadomo — historię piszą mężczyźni, a oni nie mają pojęcia dlaczego żona jest zła, kiedy mąż po prostu oddaje się „pracy” filozofa. Tę historię też napisał mężczyzna, ale na Ksantypę spojrzał (jak sam tytuł sztuki wskazuje) okiem rozumiejącym.

Niewiele pamiętam z Obrony Ksantypy, bo widziałam ją raz w życiu w Teatrze Telewizji. Zarówno Internet jak i notatki mojego Ojca stwierdzają, że było to pewnie w roku 1990, więc miałam wtedy koło 6 lat. Nie mam więc pojęcia jak to się stało, że tak dobrze pamiętam doskonałą Magdę Zawadzką jako Ksantypę i Bronisława Pawlika jako Sokratesa. Musiała być chyba jakaś powtórka chociaż ze cztery lata później, bo ze sztuki już sporo rozumiałam. Ciekawa jestem bardzo jak podobałaby mi się dzisiaj?

Może kiedyś TVP zlituje się i puści stare Teatry Telewizji, które im jeszcze pozostały na taśmach. Przecież i tak nie ma pieniędzy na TVP Kulturę, obcinają jej fundusze coraz bardziej, a puszczenie starych materiałów jest tanie…

2. Anthony Shaffer „Detektyw”

O tyle może bardziej znana sztuka, że jej adaptację filmową nakręcił Joseph L. Mankiewicz w 1972, a ostatnio (w 2007) Kenneth Branagh (po polsku było to chyba tłumaczone jako Pojedynek, nie mam pojęcia czemu). Co zabawne — w obu występował Michael Caine, raz w roli Milo, drugi raz — Andrew. Sądzę, że nikogo nie zdziwi, jeśli powiem, że ta pierwsza ekranizacja wydaje mi się o wiele ciekawsza. Nie mogę powiedzieć, że bardziej mi się podoba, bo nowej wersji nie widziałam, ale różnica klas między Judem Law (niczego mu nie ujmując) a Laurencem Olivierem jest jak dla mnie wystarczającym powodem. Poza tym trailer jakoś do mnie nie przemówił — zbyt unowocześnione.

Ale pewnie i tak obejrzę wersję Branagha, choć wcześniej jednak chciałabym zobaczyć raz jeszcze polską realizację z Teatru Telewizji. Milo grał tam zaskakująco dobry (nie pasował mi z początku do tej roli) Krzysztof Kolberger, a Andrew Leonard Pietraszak. I znowu niewiele pamiętam z samej sztuki poza ogólnym wrażeniem, że panowie grali bardzo dobrze. A poza tym, co tu dużo mówić, jeśli chodzi o fabułę, to trochę mi się miesza to wystawienie i film — nie pamiętam z którego z nich tak naprawdę zapamiętałam więcej…

Sam w sobie Detektyw jest sztuką dziwną, a może nawet dziwaczną, czy udziwnioną. I jak zazwyczaj nie lubię udziwnień, tak tutaj mi się podobały. Fabuła rozpoczyna się w momencie, w którym Andrew Wyke, pisarz kryminałów, pod nieobecność żony zaprasza jej kochanka i proponuje mu, żeby ukradł rodzinne diamenty. I o ile w wielu fabułach to byłby już spory spoiler, to w przypadku Detektywa jest to ledwie punkt wyjścia dla szalonej intrygi, która ma w sobie trochę z kryminału, troszkę z sensacji, czasem coś z komedii i wiele z thrillera…

Na zaostrzenie apetytu zwiastun ekranizacji z 1972 roku:

3. Christopher Hampton „Opowieści Hollywoodu”

Oglądałam tę sztukę nawet całkiem niedawno (będzie ze trzy lata pewnie, ten czas jakoś nie chce płynąć wolniej), ale bardo tę realizację lubię. Zresztą „weszła” ona do Złotej Setki Teatru Telewizji (bardzo zasłużenie, moim zdaniem!) i podobno jest bardzo znana. Ale bardzo znana jak na spektakl Teatru Telewizji, to jednak nie jest to samo, co bardzo znana w ogóle, więc pozwolę sobie parę słów o niej jednak napisać.

Sama fabuła zaczyna się intrygująco: Mamy 1 czerwca 1938 roku, Paryż. Nadchodzi wielka burza. Ödön von Horváth, węgierski (austriacki w zasadzie) dramaturg chroni się pod drzewem, spada gałąź i… zamiast Horvatha ginie jakiś przechodzień. Ödön emigruje do USA i spotyka tam wielu innych niemieckich pisarzy-emigrantów: Bertolda Brechta i obu braci Mannów. Wszyscy zostają zatrudnieni w amerykańskim przemyśle filmowym jako scenarzyści i w zasadzie nic więcej nie muszą robić, bo nawet jeśli spróbują coś napisać, to do Hollywood to się nadawać nie będzie…

Aktorsko realizacja z 1986 roku jest niemalże doskonała: w roli głównej mój ukochany Janusz Gajos, świetny Bista jako Brecht, Peszek w roli Tomasza i Bińczycki — Henryka Mannów. Bardzo dobre Dymna i Monika Niemczyk. Role drugoplanowe również świetne (choćby Fedorowicz i Trela). Bądźmy szczerzy: i tak oglądam tę sztukę głównie z miłości do Gajosa. Ale też z drugiej strony zagrał tu naprawdę przepięknie… Wszyscy zagrali na tyle sugestywnie, że przestałam lubić Tomasza (do dziś jak o nim myślę, to słyszę to „Thomas Mann!”…), a zaczęłam lubić Henryka Manna. Polecam zwłaszcza tym, którzy lubią literaturę niemiecką.

4. Friedrich Durrenmatt „Wizyta starszej pani”

Znów sztuka stosunkowo dobrze znana, zwłaszcza, że ostatnio Teatr Telewizji wystawił ją ponownie z Jandą, Stuhrem i Opanią w głównych rolach (aktorzy aktorami, ale nowe tłumaczenie jakoś mnie nie przekonało). Ja natomiast mam niesamowitą ochotę obejrzeć wytawienie poprzednie (1971) z genialną Barbarą Krafftówną w roli Klary Zachanassian. Ten spektakl oglądałam tyko raz i to bardzo dawno, a jak dziś pamiętam niektóre sceny. Klara była zimna i stanowcza (tak jak być powinna) i doskonale wiedziała czego chce. Kraftówna w tej roli była naprawdę przerażająca. Zagrała świetnie.

A miała co grać, bo cała sztuka kręci się wokół Klary, która po wielu latach, już jako milionerka, wraca do małego miasteczka, w którym mieszkała jakiś czas w młodości. Wszyscy w mieście mają nadzieję, że część jej finansowej potęgi spłynie na nich. I rzeczywiście: Klara chce przeznaczyć dla miasteczka miliard marek, ale pod jednym warunkiem… Starsza pani sądzi, że wszystko można kupić — również sprawiedliwość. Sama sztuka spodobała mi się bardzo. Właśnie dzięki niej sięgnęłam potem po zbiór dramatów Durrenmatta, co bardzo sobie chwalę. Wszystko dzięki doskonałej Barbarze Krafftównie.

5. Paul Barz „Kolacja na cztery ręce”

Propozycja ostatnia, ale nie gorsza niż poprzednie. Może nawet bardziej na czasie biorąc pod uwagę, że jutro wybieramy się na Pasję wg świętego Mateusza Bacha, a jeszcze w czwartek można w Łodzi usłyszeć Mesjasza Haendla. Kolacja na cztery ręce opowiada o fikcyjnym spotkaniu tych dwóch gigantów muzyki, którzy (choć tworzyli w tym samym czasie i na tym samym terenie) naprawdę nigdy się nie spotkali. Cóż, może gdyby się spotkali, to wyglądałoby to właśnie tak? A może nie, bo coś mi się wydaje, ze prawdziwi Jan Sebastian Bach i Fryderyk Haendel byli dużo mniej ciekawi niż ci zagrani przez (odpowiednio) Janusza Gajosa (wspominałam może, że go kocham?) i Romana Wilhelmiego (jego może kocham nieco mniej, ale i tak uważam, że był genialnym aktorem) w spektaklu Teatru Telewizji z 1990 roku.

Spektakl jest naprawdę genialny. Cenię go bardziej nawet niż Opowieści Hollywoodu, nie tylko dlatego, że tematyka mi bliższa, ale raczej dlatego, ze wolę sztuki kameralne. W tej, poza wymienionymi aktorami, występuje w roli lokaja również świetny Jerzy Trela. Trzech genialnych aktorów i sztuka, w której mają co zagrać, a do tego dobry reżyser, który nie ma głupich pomysłów realizatorskich, a w rezultacie otrzymujemy arcydzieło. Muszę sobie koniecznie to arcydzieło powtórzyć…

A dla Was początek spektaklu z serwisu YouTube:

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Międzynarodowy Dzień Teatru 2010

  1. „Opowieści Hollywoodu” i „Kolację…” b. lubię sobie od czasu do czasu przypomnieć. Faktycznie znakomite spektakle. Na tej samej półce postawiłabym „Mieszczanina szlachcicem” z nieodżałowanym B. Kobielą.
    Zaciekawiłaś mnie „Obroną Ksantypy” – nawet nie słyszałam o takim tytule…
    Pozdrawiam;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s