Szymon Czarnogęba i inni

Słyszałam Placido Domingo prawie na żywo. Co nie znaczy, że był prawie żywy, tylko, ze byliśmy wczoraj na MET live in HD w Filharmonii Łódzkiej i Placido Domingo nam na żywo (za pośrednictwem nowoczesnej technologii, czyli jak sądzę przez satelitę) zaśpiewał nam tytułową rolę Simona Boccanegry czyli Szymona Czarnogęby. Barytonem. Co mnie osobiście ogromnie ucieszyło, bo lubię niskie głosy i wolę barytona od tenora. Co prawda wolę też basa od barytona, ale bas też był, więc nie mam zamiaru narzekać.

W ogóle w filharmonii na transmisji z MET byliśmy już z mężem w tym sezonie 7 razy. A wszystko przez (a raczej dzięki) naszych rodziców, którzy to rodzice zafundowali nam na urodziny karnety na MET live in HD. Tak w ogóle to nie jestem jakąś przesadną miłośniczką opery, ale na te transmisje chodzę z zadziwiającą (mnie osobiście) przyjemnością.

W dalszej części notki trochę o tym co widziałam w tym sezonie, odrobinkę o tym, co jeszcze ma być i naprawdę troszeczkę o tym, dlaczego znowu nie pisałam na blogu wieki całe.  Zapraszam.

Złe miłego początki

W ogóle wszystko zaczęło się od tego, że na operę (oraz balet, a także troszeczkę operetkę — ale mniej) zapadł był mój ukochany Ojciec. Co zresztą o tyle nie było dziwne, że Ojciec od dawna staczał się w paszczę szaleństwa słuchając coraz to innych dziwnych rzeczy z zakresu muzyki uznawanej powszechnie (choć nie zawsze słusznie) za poważną. I nie dotykało mnie to jego umiłowanie dość długo. Po jakimś czasie jednak okazało się, że operę lubi i moja ukochana Matka, a stamtąd już tylko jeden krok dzielił mnie od kolejnej niespodzianki — no właśnie… okazało się, że i mój Wówczas-Jeszcze-Nie-Mąż zaraził się tym wirusem. I było trzy do jednego (a właściwie do jednej). A jak mówi stare przysłowie „jeśli wpadłeś między wrony…”. No właśnie.

Żeby nie było nieporozumień — nie chcę pozować na skrzywdzoną przez los i okrutną rodzinę (no może troszeczkę…). Opera okazała się całkiem znośna, kiedy się już człowiek do niej przyzwyczai. Co zazwyczaj zakłada napicie się czegoś alkoholowego i zostawienie logiki i znajomości  życia i ludzkiej psychiki już w szatni. Potem już jest bardzo przyjemnie, zwłaszcza jeśli ma się szansę usłyszenia naprawdę dobrych wykonań naprawdę dobrych oper.

The Metropolitan Opera HD Live

Bo chociaż Teatr Wielki w Łodzi jakoś mnie nie zachwyca (bez przesady — Wesele Figara było całkiem przyjemne, ale do MET naszej operze daleko), To Filharmonia Łódzka jest tak miła, że od jakiegoś już czasu transmituje na żywo wybrane przedstawienia z Metropolitan Opera w Nowym Jorku. I na nie właśnie dostaliśmy z wspominanym już wcześniej mężem od również wspominanych rodziców po karnecie.

A każdy karnet opiewał na dziewięć przedstawień. I to przedstawień nie byle jakich, bo w tym sezonie dane nam już było zobaczyć Toscę Pucciniego, Aidę Verdiego, Carmen Bizeta i kilka innych nieco tylko mniej znanych. Wczorajszy Simon Boccanegra czyli Szymon Czarnogęba był siódmy, a przed nami jeszcze Hamlet Thomsa (którego raczej się obawiam) i Armida Rossiniego (na którą czekam z zaciekawieniem).

Artyści w MET występują przedni. Wiem to, bo trochę się przy rodzicach podokształcałam nawet kiedy jeszcze twierdziłam, że opery nie lubię. Oprócz wymienianego już we wstępie Domingo (kawał głosu i nawet umie ładnie — barytonem) mogłam sobie prawie-na-żywo pooglądać Renee Flemming, Natalie Dessay czy Annę Netrebko. A z polskich akcentów w MET widziałam (co prawda w zeszłym sezonie, ale co to za różnica?) panów Mariusza Kwietnia i Piotra Beczałę. W ogóle obsada w tym Nowym Jorku taka więcej międzynarodowa… Zresztą nie tylko aktorzy z całego świata. Taki na przykład Franco Zeffirelli kojarzyć się może nawet tym, którzy na operze się nie znają. Wyreżyserował był „Turandot”, którą widzieliśmy w listopadzie i przyznć mu trzeba, że zrobił z niej kawał widowiska… A ci, co operę troszkę chociaż znają kojarzą na pewno nazwisko niejakiego del Monaco. Co prawda nie Mario ale Giancarlo del Monaco wyreżyserował „Simona Boccanegrę”, ale i nazwisko to samo i geny (syn) podobne.

Transmisja lepsza niż oryginał?

Zresztą siłą tych transmisji jest właśnie to, że są właśnie transmisjami. Z jednej strony na pewno przyjemniej oglądać wielkie sławy i takie tam na żywo, ale z drugiej… Już nawet pomijając kwestie finansowe (Filharmonia Łódzka i to jeszcze w formie karnetu jest jednak sporo tańsza niż MET, nie wspominając nawet o dojeździe… czy może „dolocie”?), w operze nie udałoby mi się zobaczyć jak taki śpiewak wygląda z bliska. Nawet z pomocą najlepszej teatralnej lornetki takiego zbliżenia sobie nie wyprodukuję. Zwłaszcza, że nie wpuszczą mnie za kulisy ani nie podwieszą nad sceną. A operatorów wpuszczą i podwieszą — chociaż podwieszą chyba jednak same kamery bez operatora, a zbliżenia zrobią przy pomocy pilota. Ale jakby ich nie robili, to efekt jest bardzo dobry. I aktorów (czy tacy śpiewacy się obrażają za nazwanie ich aktorami?) można sobie pooglądać, i  muzyków wraz z moim ukochanym maestro Jamesem Levinem (a oni przecież zazwyczaj siedzą w kanale i nie można im zajrzeć w trąby), i dekoracje.

Właśnie — a propos dekoracji: największą chyba zaletą transmisji z MET są przerwy i to, co się w tych przerwach dzieje. Bo nie jest tak, że jak kurtyna opada, to pan operator wyłącza kamerę i włącza dopiero przed kolejnym aktem — o nie. Zarówno przed operą, jak i w przerwach któryś z artystów MET nie występujących tego dnia prowadzi coś w rodzaju konferansjerki. A to zrobi wywiadzik z gwiazdami, a to wywiadzik z balecikiem, a to pokaże kostiumologa i kostiumy do tego i kolejnych spektakli, a to pogada z reżyserem, a to znowu pokaże scenografów pracujących nad robalami z Armidy i bykiem z Carmen, i tak dalej, i tym podobne. A do tego nie robi tego byle bileter, czy inny PiaRowiec, tylko porządni śpiewacy  nazwiskiem. Szczytem była konferansjerka Placido Domingo na Kawalerze srebrnej róży Straussa (notabene najjaśniejszy chyba punkt wieczoru).

A dlaczego to co wyżej było a propos dekoracji? Bo poza tym, że nam jakiś Domingo albo inna Dessay powie słów kilka i wywiad przeprowadzi, operator pokazuje też jak pięknie pracownicy techniczni uwijają się, żeby zmienić dekoracje. I jak doskonale zgrana musi być ekipa, żeby w te 20-30 minut zmienić oberżę na górską kryjówkę przemytników (Carmen) albo brzeg Nilu na świątynię wraz z podziemną kryptą (Aida). A  zewnętrze dworu Grimaldich na wnętrze pałacu doży (Simon Boccanegra) pan Verdi kazał zmienić w trakcie aktu, a nie w przerwie, więc o żadnych 20 minutach nie może być mowy…

I wszystko to można zobaczyć w trakcie transmisji na żywo w Łodzi. A ci tam w Nowym Jorku nie mają na to szans. Póki co więc pozostaniemy przy transmisjach.

Sezon 2009/2010

Tak naprawdę, to wcale nie mieliśmy chodzić na wszystkie przedstawienia sezonu. Po prostu w karnecie bilety były sporo tańsze, a że większość tytułów w sezonie była ciekawa, to warto było kupić całość. Czysto merkantylnie. Ha. Nie z moim Ojcem takie numery. Skoro już mamy bilety, to chodzimy twardo na wszystko, nawet na Straussa. No, może moglibyśmy (ja z Marcinem) nie pójść. Ale tak nie pójść…? Jak się ma bilet? Jakoś nie uchodzi. I w sumie dobrze, że chodzimy, bo przewidzieć się nie da co mi się spodoba, a co nie.

Na przykład taka Tosca

Tosca
Giacomo Puccini
Prapremiera: Teatro Costanzi w Rzymie, 14 stycznia 1900 roku
Premiera MET: 21 września 2009 roku
Kierownictwo muzyczne: James Levine
Dyrygent: Joseph Calaneri
Reżyseria: Luc Bondy
W rolach głównych: Karita Mattila (Tosca), Marcelo Alvarez (Cavaradossi), George Gagnidze (Scarpia)
Transmisja: 10 października 2009 roku

Tosca, będąca bądź co bądź klasyką opery i takie tam, mnie osobiście wydała się paskudnie nowoczesna. Owszem, część winy spada tutaj na pana reżysera, który był łaskaw przenieść akcję gdzieś na początek XX wieku, dzięki czemu co prawda widzieliśmy bardzo pięknego łysego faszystę w skórzanym płaszczu, ale za to całość była całkowicie do bani. Nie to, żeby jakoś szczególnie źle śpiewali, co to to nie. Po prostu wolałabym, żeby kościół Sant’Andrea Della Valle nie wyglądał jak ceglana stodoła, a apartamenty Scarpii nie przypominały burdelu.

Poza wszystkim innym najwyraźniej muzyka Pucciniego nie podoba mi się na tyle, żebym przez palce patrzyła na głupie pomysły realizatorskie. No bo tak: ani ładnych arii zapadających w pamięć (co to jest ta jedna w ostatnim akcie i cośtam w pierwszym), ani porządnych chórków i nawet zły Scarpia jest tylko barytonem, a nie porządnym basem…

No nie podobało mi się, co ja poradzę? Za to Aida

Aida
Giuseppe Verdi
Prapremiera: Teatro dell’Opera w Kairze, 24 grudnia 1871 roku
Premiera MET: 12 grudnia 1988 roku
Dyrygent: Daniele Gatti
Reżyseria: Sonja Frisell
W rolach głównych: Stefan Kacan (Król), Dolora Zajick (Amneris), Violeta Urman (Aida), Johan Botha (Radames), Roberto Scandiuzzi (Ramfis)
Transmisja: 24 października 2009 roku

Aida przeciwnie. Podobała mi się bardzo, a wystawiona była klasycznie do tego stopnia, że od razu przypomniały mi się wszystkie dowcipy o operze. Te w rodzaju „Śpiewał, że się dla niej zabije. Panie, o nią by się zabił!”. Bo te panie rzeczywiście miały czym oddychać (panowie zresztą też) i trochę trzeba było wysilić swoje zawieszenie niewiary, żeby spokojnie uwierzyć, że jedna jest o tyle piękniejsza od drugiej.

Ale za to jak już się nie zwracało uwagi na posturę śpiewaków, to można było posłuchać kilku naprawdę pięknych kawałków (bardzo podobał mi się Ramfis — pisałam już może, że lubię basy…?). Zwłaszcza chóry mnie zachwyciły. No i oczywiście marsz triumfalny, bardzo piękny i wystawiony z dużym rozmachem. Zresztą sami zobaczcie:

Więcej o Aidzie pisał na swoim blogu Marcin (o Tosce zresztą też wspomina), to ja się już nie będę powtarzać, serdecznie zapraszam do niego.

Turandot
Giacomo Puccini
Prapremiera: Teatro alla Sala w Mediolanie, 26 kwietnia 1926 roku
Premiera MET: 12 marca 1987 roku
Dyrygent: Andris Nelsons
Reżyseria: Franco Zeffirelli
W rolach głównych: Maria Guleghin (Turandot), Marcello Giordani (Kalaf), Marina Poplavskaya (Liu), Samuel Ramey (Timur)
Transmisja: 7 listopada 2009 roku

Na Turandot szłam niechętnie, bo w końcu to znowu Puccini. Byłam przekonana, że skoro ni podobała mi się Tosca, to i Turandot będzie do niczego (a swoją drogą nie mogę się przyzwyczaić, że Turandot jest rodzaju żeńskiego — ciągle mi się mówi ten Turandot, a nie ta). A tutaj zaskoczenie: i muzyczki jakieś takie ładniejsze, i arii trochę naprawdę dobrych (że wspomnę tylko, dość jednak sławne,  „Nessun dorma”) i wystawienie więcej niż przyzwoite — wystawne wręcz (jednak co Zeffirelli to Zeffirelli), a ja lubię sobie w operze popatrzeć na monumentalne dekoracje i piękne stroje. A do tego nawet trochę humoru się złapało w postaci trzech mędrców, czy innych ministrów: Pinga, Panga i Ponga.

W ogóle okazało się, że Puccini umie napisać całkiem przyzwoitą operę (no to czemu to ukrywał w wypadku Toski?!), a MET potrafi ją bardzo pięknie wystawić (muszę kiedyś obejrzeć poprzednią Toscę z MET w reżyserii Zeffirellego, może mi się zmieni i na nią pogląd…?). No bo tak: i soprany niczego sobie, i tenor bardzo porządny i przepiękny bas (czy ja już pisałam…?). Do tego balecik jak ta lala, monumentalna scenografia i całkiem przyzwoita muzyka.

Co prawda historia głupsza niż w Tosce, ale przynajmniej nikt nie udaje, że to dramat psychologiczny. Baśń i tyle, a baśń nie musi mieć sensu. Powinna mieć za to morał, a tego w Turandot trochę brakuje. Chociaż może to i morał na nasze czasy: Byle do celu, może być po trupie kochającej kobiety…? W każdym razie Turandot zaskoczyła mnie zdecydowanie pozytywnie.

Opowieści Hoffmana (Les contes d’Hoffmann)
Jacques Offenbach
Prapremiera: Opera-Comique w Paryżu, 10 lutego 1881 roku
Premiera MET: 3 grudnia 2009 roku
Dyrygent: James Levine
Reżyseria: Bartlett Sher
W rolach głównych: Joseph Calleja (Hoffman), Alan Held (czterech łotrów), Kate Lindsey (Muza), Kathleen Kim (Olimpia), Ekaterina Gubanova (Giulietta), Anna Netrebko (Antonia i Stella)
Transmisja: 19 grudnia 2009 roku

Opowieści Hoffmana z kolei od początku budziły we mnie duże nadzieje. Co prawda na którejś poprzedniej transmisji pan reżyser Sher odpytywany na okoliczność niedalekiej premiery zaczął bredzić o tym, że chciał do Offenbacha podejść z innej strony, że chciał stworzyć klimat nieco kafkowski i takie tam, ale na szczęście okazało się, że „kafkowskość” (a może nawet „brunoschulzowatość”) ograniczyła się głównie do plakatów. I bardzo dobrze, bo naprawdę nie ma żadnego powodu, żeby dodatkowo komplikować i tak już nie proste Opowieści.

Koniec końców wyszło bardo przyjemnie. Naprawdę świetna była Olimpia (Kathleen Kim) w tej swojej niesamowicie forsownej arii. Zresztą zobaczcie:

Cudownie zagrał czterech łotrów Alan Held, a mojemu mężczyźnie i tak najbardziej podobał się przyjaciel głównego bohatera. No może i była to muza przebrana za przyjaciela, ale fakt pozostaje faktem, czyż nie? Śpiewała zresztą ta muza też bardzo przyzwoicie.

Ja w ogóle lubię Offenbacha, więc nie bardzo się zdziwiłam, jak się okazało, ze operę popełnił również przyjemną. A i wystawienie okazało się mniej toksyczne niż przypuszczałam, więc cieszyłam się póki mogłam, bo za rogiem już się czaił Strauss. Niestety Ryszard…

Kawaler Srebrnej Róży (Der Rosenkavalier)
Ryszard Strauss
Prapremiera: Semperoper w Dreźnie, 26 stycznia 1911 roku
Premiera MET: 23 stycznia 1969 roku
Dyrygent: Edo de Waart
Reżyseria: Nathaniel Merrill
W rolach głównych: Renee Fleming (Marszałkowa), Kristinn Sigmundsson (Baron Ochs), Susan Graham (Octavian), Christine Schafer (Sophie)
Transmisja: 9 stycznia 2010 roku

Do Ryszarda Straussa uprzedziła mnie Matka, twierdząc, że jak Strauss, to lepiej Johann, a jak Ryszard, to — już trudno — Wagner. Biorąc pod uwagę fakt, że Matka moja Wagnera zdecydowanie nie lubi, nastawiłam się na ciężkie przeżycie. Poniekąd zresztą słusznie, ale nie do końca.

Komedia muzyczna to ponoć jest. Nie no — nie mówię, że nie było zabawnych scen, zwłaszcza w ostatnim akcie, a i muzyka była, więc w sumie dlaczego nie komedia muzyczna? Może mało śmieszna, ale to nie jest obowiązek. Za to scenografia i kostiumy były z grubsza w porządku. Kostiumy trochę różowe, ale zdaje się, że projektował je ten sam Valentino, co tegoroczne stroje dla tancerzy na koncert noworoczny Filharmoników Wiedeńskich, więc trudno się dziwić, że różowe…

Sama muzyka tak nie bardzo. Niby były przyjemniejsze kawałki, ale trudno to ocenić dokładnie, bo całość była cholernie długa (prawie 5 godzin licząc przerwy) i to bez sensu. No bo, szczerze mówiąc, co druga scena była tam wyciągnięta na siłę. A już finał nastąpił co najmniej o trzy arie za późno. Może nawet o pięć. Gdyby nie to przegadanie (prześpiewanie?) i ta długość koszmarna może i nawet byłby ten Kawaler przyjemny, a tak nie wspominam go specjalnie ciepło. Ale chyba ciągle cieplej niż Toskę. Może byłam po prostu w lepszym nastroju. Albo miałam mniejsze oczekiwania.

Carmen
Georges Bizet
Prapremiera:
Opera-Comique w Paryżu, 3 marca 1875 roku
Premiera MET: 31 grudnia 2010
Dyrygent: Yannick Nezet-Seguin
Reżyseria: Richard Eyre
W rolach głównych: Elina Garanca (Carmen), Roberto Alagna (Don Jose), Barbara Frittoli (Micaela), Teddy
Tahu Rhodes (Escamillo)
Transmicja: 16 stycznia 2010 roku
Retransmisja: 21 stycznia 2010 roku

Duże oczekiwania miałam za to w stosunku do Carmen, na którą w ogóle nie poszłam, bo akurat byłam na studiach. Za to mąż mnie zabrał na retransmisję tydzień później, więc Carmen obejrzałam, chociaż już nie prawie-na-żywo. W ogóle bardzo ładnie ze strony naszej filharmonii, że „dała” tę retransmisję — pewno im się mnóstwo ludzi po bilety zgłaszało. W sumie pewnie ponad 3/4 sali było zajęte, a to chyba nieźle jak na retransmisję…

Carmen muzycznie ja zwykle cudowna (uwielbiam!), scenograficznie (obrotowe sceny bez powodu i scenografia bez polotu) i koncepcyjnie (znowu jakiś kretyn ją przeniósł ze sto lat do przodu i dorzucił jakichś frankistów czy innych -stów) niespecjalna, za to pani Garanca w roli głównej dwoiła się i troiła, żeby pokazać ludyczną (jak powiada mój małżonek) seksualność głównej bohaterki. Rzeczywiście była zabójczo erotyczna i różne żądze z niej buchały w różne strony. Poza tym bez specjalnych fajerwerków, chyb żeby liczyć zastępstwo za Mariusza Kwietnia w roli Escamillo. Wokalnie bardo przyzwoicie, choć nie powalił mnie na kolana nikt poza porucznikiem dragonów (przerobionyc na frankistów) Zunigą. Bas, oczywiście. Cudowny.

Byłoby więc całkiem przeciętnie (bo na mnie ociekająca seksem kobieta robi jednak mniejsze wrażenie niż na facetach…) gdyby nie ta muzyka:

Aha — zapomniałabym. Choreograficznie też bardzo przyzwoicie. Strasznie wymęczyli biedną Garancę, bo musiała tańczyć i śpiewać jednocześnie. Co prawdopodobnie wcale nie jest łatwe. Za co zasługuje na dodatkowe brawa.

Simon Boccanegra (Szymon Czarnogęba)
Giuseppe Verdi
Prapremiera: Teatro la Fenice w Wenecji, 12 marca 1857 roku/Teatro alla Scala w Mediolanie, 24 marca 1881 roku
Premiera MET: 19 stycznia 1995 roku
Dyrygent: James Levine
Reżyseria: Giancarlo del Monaco
W rolach głównych: Placido Domingo (Simon Boccanegra), Adrianne Pieczonka (Maria/Amelia), James Morris (Jacopo Fiesco), Marcello Giordani (Gabrielle Adorno), Nicola Alaimo (Paolo Albani)
Transmisja: 6 lutego 2010 roku

No i zataczając pełne niemalże koło wracamy do Placido Domingo i Simona Boccanegry. Zdaje mi się, że lubię Verdiego w dużej mierze za to, że stosunkowo mało u niego tenorów. Tutaj też — główna rola to piękny baryton, a do tego cudowny basowy Fiesco. No jest tam niby jakiś tenor (nawet go Domingo grał kiedyś), ale za to postać gra wyjątkowo głupią, więc nie żal.

Sama historia za to jest zadziwiająco spójna jak na operę. Postaci nie doznają znienacka olśnień (może poza olśnieniem „Tak! To moja zaginiona córka”, ditto „wnuczka” albo „Nie zabiję go! Więcej — zostanę jego sojusznikiem…”) i nie zachowują się bardzo niekonsekwentnie, z grubsza wiadomo z czego wynikają kolejne zdarzenia — no po prostu raj. Poza tym to jest bardzo piękna opowieść o władzy, miłości i zemście, a także (co rzadziej spotykane) o pokoju i zgodzie. Bardzo sympatyczne libretto i muzyka jak ta lala. Monumentalna akurat tak jak trzeba. Partie chórów piękne, tak samo dueciki, terceciki, kwarteciki itd.

No i ta scenografia… Ja jednak jestem tak samo konserwatywna jak ci baroni naftowi z Teksasu, co to podobno finansują MET i dlatego on jest taki tradycjonalistyczny. A może nawet jestem bardziej konserwatywna od nich? W każdym razie Simon mi się podobał — porządna monumentalna scenografia (było nawet zwalanie pomnika, a freski macie na obrazku), kostiumy jak Pan Bóg przykazał, żadnych nazistów… istny raj.

Podsumowując

Podsumowując to przydługie nieco śródsumowanie (no co? Nie podsumowanie, bo ono by było po Armidzie. Jesteśmy w środku, więc śródsumowanie) sezonu MET, stwierdzam, że warto było dla tych przedstawień (może nie licząc Toski i Kawalera) się przemóc i polubić operę. Przynajmniej troszkę (nie zdradźcie mnie — na co dzień uparcie twierdzę, że jej nie lubię…).

Opera (również taka nie-do-końca-na-żywo) okazała się doskonale resetować mózg po trudnym tygodniu. Wychodzę z niej jak nowonarodzona. Dodatkowo zakochałam się w kilku basach i barytonach, usłyszałam Placido Domingo prawie-na-żywo i zobaczyłam jak się składa i stawia takie wielgaaaaaachne dekoracje. Mnóstwo plusów.

Ergo… Jak będziecie mieli moment skoczcie na jakieś dobre przedstawienie MET live in HD. Są już w kilku miastach Polski. Nie wspominając już nawet o Europie.

Na zakończenie polski akcencik w MET:

Linki:

PS. Miałam napisać dlaczego nie pisałam. Bo wychodziłam za mąż. Wyszłam.

PS2. Naprawdę warto klikać na niektóre obrazki. Są duuuuże.

Reklamy

5 uwag do wpisu “Szymon Czarnogęba i inni

  1. Pingback: Szymon Czarnogęba i inni « Kriegspiel

  2. Prostemu czytelnikowi trudno skomentować ten wpis tak dobrze, jak na to zasługuje. :-) Bardzo dziękuję, dzięki Tobie mam o krok bliżej do opery. Ciekawe, czy MET jest też w Poznaniu…

    Nie zdążyłem jeszcze przesłuchać filmików (raczej przesłuchać niż obejrzeć?), ale przeczytałem całość. Dobra lektura z godnym uznania językiem, a i wartość meritoritoriczna wydaje się – dla laickiego oka – całkiem niemała. :-)

  3. Prosty czytelnik prostego piszącego skomentuje z łatwością. ;)
    A Twoje, Staszku, komentarze nieodmiennie sprawiają mi przyjemność. Dziękuję Ci za nie ogromnie. U Ciebie na blogu ostatnio cisza, więc nie mam jak się odwdzięczyć…

  4. Bardzo dziękuję za ten komentarz. Jestem obecnie na podobnym etapie fascynacji operą. Z tym że siedzę w tej chwili w Nowym Jorku i korzytstam z bliskości Met. Oglądanie tego na żywo to ogromne przeżycie. Byłem już na „Cyruliku Sewilskim” i jestem pod wrażeniem. Dziekuję ci za komentarz dotyczący transmisji kinowych. Mam pragnienie żeby tak zrobić z Armidą, tzn. i w Met i w kinie na Manhattanie. Zobaczymy. Polecam stronę internetową Met – pewnie już ją widziałaś. Nie wiem jak w Łodzi ale tu startują w tym tyg z „Hamletem” w HD – 27 marca. Pozdrawiam i do zobaczenia w NYC. PS. Z całym szacunkiem do Met, ale Carnegie HAll ma lepszą akustyke.

  5. Cieszę się, że podobała Ci się notka. Bardzo mi miło. Dziękuję za komentarz.

    W Łodzi też 27 marca „Hamlet” HD. Szczerze mówiąc troszkę się go boję, „trailery” nie bardzo mi się podobały, ale cóż — zobaczymy jak to będzie…

    Met na żywo ogromnie Ci zazdroszczę, więc może rzeczywiście do zobaczenia kiedyś w NYC.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s