Ysabell's Weblog

Dla takich chwil warto żyć, czyli koncert

Posted by Ysabell w dniu 22 Listopad 2011

zdjęcie ze strony artystyWłączając do swojego repertuaru (przeuroczą zresztą) piosenkę Dla takich chwil warto żyć, ułatwił Jan Jakub Należyty wymyślanie tytułów relacji wielu zainteresowanym. Mnie na pewno. W innym przypadku siedziałabym w nieskończoność szukając dobrego tytułu, a czasu w nadmiarze raczej nie posiadam, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że tę relację piszę już od tygodnia, mniej więcej po akapicie dziennie. Z tego też powodu może być troszkę niespójna, ale mam nadzieję, że odpowiednio zachwycona. Zostaliście ostrzeżeni.

Koncert był świetny.

Uwielbiam oglądać na żywo ludzi, którzy śpiewają w nurcie tak zwanej „piosenki aktorskiej”, bo radość z koncertu jest wtedy podwójna. Pierwsza — klasyczna, czyli taka jak zawsze, kiedy przeżywam na żywo coś, co dotąd znałam tylko z nagrań. I druga — specyficzna o tyle, że te piosenki „z wizją” odbiera się zupełnie inaczej niż bez niej (dygresja: zazwyczaj z wizją podobają mi się bardziej, ale niedawno odkryłam, że pan Mariusz Kiljan ma tę niesamowitą właściwość, że jego piosenki dużo bardziej odpowiadają mi bez wizji…). Właśnie aktorsko podobała mi się piosenka (Danse mon Esméralda) z musicalu Notre-Dame de Paris [1], która muzycznie czy tekstowo jakoś mnie nie zachwyciła. Z kolei do musicalu L’Homme de la Mancha (piosenka La quête [2]) mam słabość ze względu na osobę autora, ale generalnie nie uważam ani tego spektaklu, ani tej piosenki za genialne.

Zachwyciło mnie za to wykonanie Ces gens-là Brela [3] w nowym (dla mnie) tłumaczeniu. Jak zwykle w takim wypadku nie byłam zresztą w stanie spokojnie skupić się na piosence, bo odruchowo porównywałam przekład z tym, który już znam. Ale zdołałam mimo wszystko zauważyć, że bardzo mi się podobało. Tak samo zresztą miałam z innymi piosenkami Brela: zarówno Ne me quitte pas [4], jak La chanson des vieux amants [5] znam dość dobrze w innych tłumaczeniach, a to utrudnia skupienie na wykonaniu zamiast na tekście. Dla odmiany Le gaz [6] umiem na pamięć właśnie w tej wersji, więc mogłam się spokojnie napawać. W związku z czym mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że Należyty w repertuarze Brela odpowiada mi ogromnie. Zresztą ostatnio sam Brel podoba mi się również coraz bardziej.

La mamma Aznavoura[7] dla odmiany nie znałam wcześniej prawie wcale i mogłam się skupić na słuchaniu, dzięki czemu mogę teraz spokojnie cierpieć, ze nie mam go nigdzie w tej wersji nagranego, bo takie jedno posłuchanie, to przecież prawie nic (dobrze chociaż, że w tomiku, który miałam przyjemność dostać z rąk samego artysty, jest polski tekst). Mam nadzieję, że kiedy strona artysty ruszy pełną parą (a ma ponoć nią ruszyć już niedługo) znajdzie się na niej to nagranie. Jeszcze gorzej sprawa ma się z Et maintenant Becoud [8] — w tym przypadku pamiętam tylko przebłyski polskiej wersji i nie mam gdzie znaleźć całości, a piosenka podobała mi się bardzo.

Au bois de mon coeur Brassensa [9] przynajmniej znałam wcześniej w wykonaniu Jana Jakuba. Brassensa było zresztą dużo mniej, niż się spodziewałam. Z tego zestawienia wynika, że nie tylko ja z czasem przerzucam się na Brela. I w sumie (dla mnie) dobrze, bo miałam szansę posłuchać piosenek, których wcześniej nie znałam.

zdjęcie ze strony artystyChociaż inżynier Mamoń we mnie krzyczy, że wolałby posłuchać „jak można krzywd wyrządzać tyle…”, ale nie damy się Mamoniowi. Dla jego uspokojenia Należyty zaśpiewał (wspomniane wcześniej) Dla takich chwil warto żyć [10] i Starą Pragę (w wersji na żywo jeszcze lepsza niż w radio).

Miał to być teoretycznie recital piosenki francuskiej. I piszę tutaj „miał być teoretycznie” ze względu na wrodzoną drobiazgowość zahaczającą momentami o czepialstwo, ponieważ tak naprawdę nie ma dla mnie żadnej różnicy czy piosenki, które mi się podobają były w oryginale francuskie czy jakieś inne. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę natomiast, że były: niemiecka (z repertuaru Marleny Dietrich [11]), rosyjska (na podstawie Okudżawy [12]), włoska (do muzyki Mamma son tanto felice [13]) i polskie (autorstwa szanownego wykonawcy).

Na finał dostaliśmy jeszcze Comme d’habitude Françoisa (a.k.a. My Way Sinatry) [14], tak idealnie finałowe, że bardziej się nie dało i z teatru wychodziłam zadowolona i zaspokojona. Co zresztą przeszło mi bardzo szybko, bo zaspokojenie przykryła frustracja z powodu niemożności posłuchania jeszcze raz (i jeszcze, i jeszcze…) sporej części piosenek. Na dodatek części z nich pewnie wcale nie pamiętam, a inne (przynajmniej jedną) pamiętam, ale nie jestem w stanie zidentyfikować.

Pamiętam jeszcze tylko C’est si bon [15] w prześlicznej polskiej wersji i jeszcze piękniejszym wykonaniu. I znowu piosenka aktorska w świetnym wydaniu, chociaż nieco innym niż w przypadku choćby Starych kochanków. Również mam nadzieję na klip na stronie internetowej.

Dla potomności notuję też dwie piosenki pani Doroty Wasilewskiej (bardzo ładne) i trzy w wykonaniu pana Piotra „Kuby” Kubowicza (który udowodnił, że ma doskonałą dykcję) i świetny (bardzo francuski) akompaniament w wykonaniu Doroty Wasilewskiej (klawisze), Sławomira Ratajczyka (akordeon) i Pawła Golenia (kontrabas).

PS. O tym, na co czeka kilka osób, czyli o wyciąganiu mnie przez szanownego artystę na scenę, nie będzie, bo ciągle jeszcze mam traumę. Powiem tylko, że naprawdę warto prowadzić bloga i że serdecznie dziękuję panu Należytemu za miłe słowa, tomik i cudną dedykację. Dziękuję, panie Janie Jakubie.

PS2. Osoby, które non stop zawracały mi głowę o tę relację, a siedziały na koncercie tuż obok (Wy już wiecie, że o Was chodzi) uprzejmie informuję, że następnym razem nawet przeogromna (platoniczna) miłość do wykonawcy nie przekona mojej przekornej duszy do napisania niczego. Sami se będziecie pisać…

Tutaj znajdziecie piękny film z koncertu Jana Jakuba Należytego w Piwnicy pod Baranami w Krakowie. Daje całkiem niezłe pojęcie również o tym, co działo się w Łodzi (może za wyjątkiem pana Wasilewskiego).

Przypisy:

od lewej: P. Goleń, S. Ratajczyk, J. J. Należyty, D. Wasilewska, P. Kubowicz[1] Danse mon Esméralda, piosenki z musicalu Dzwonnik z Notre-Dame (Notre-Dame de Paris), wykonywanej m.in. przez artystę znanego jako Garou, można w wersji oryginalnej posłuchać na przykład tu.

[2] La quête z Człowieka z La Manczy (L’Homme de la Mancha) w wykonaniu autora musicalu, Jacques’a Brela można posłuchać tutaj.

[3] Ces gens-là Brela znajdziecie tu.

[4] Ne me quitte pas (czyli Nie opuszczaj mnie) również Brela jest tutaj.

[5] La chanson des vieux amants (Piosenka starych kochanków) Brela można posłuchać tutaj.

[6] Le gaz (Gaz) Brela można w oryginale posłuchać tu, a po polsku (w wykonaniu Radosława Elisa) na płytach 50xBrel.

[7] La mamma Charlesa Aznavoura jest do posłuchania (po francusku) tutaj. Na YT można też znaleźć wersje w innych językach, w ramach ciekawostki: po włosku w wykonaniu Anny German. Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać…

[8] Et maintenant Gilberta Becoud jest tutaj.

[9] Au bois de mon coeur (Las mego serca) Georgesa Brassensa jest tutaj po francusku, a po polsku (w innym tłumaczeniu) na 45xBrassens w wykonaniu Iwony Nasiłowskiej (ale niespecjalnie polecam).

[10] Dla takich chwil warto żyć Jana Jakuba Należytego (i w jego wykonaniu) można znaleźć tutaj.

[11] Ich bin von Kopf bis Fuß auf Liebe eingestellt z Błękitnego Anioła w wykonaniu Marleny Dietrich po niemiecku i angielsku.

[12] Молитва Франсуа Вийона Bułata Okudżawy w oryginale jest tu. Inspirowana nią polska wersja Należytego tutaj.

[13] Mamma, son tanto felice w oryginalnej wersji włoskiej, w wykonaniu Luciano Pavarottiego tu. Polskiej wersji tej piosenki możecie posłuchać w przedstawieniu Andropauza autorstwa Jana Jakuba Należytego.

[14] Comme d’habitude Claude’a Françoisa do posłuchania tutaj. My Way Sinatry, które jest przeróbką tego pierwszego, znajdziecie choćby tu.

[15] C’est si bon w wykonaniu Yves Montanda jest tutaj.

Opublikowany w Muzyka, rozrywka, z życia | Otagowane: , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Groch z kapustą, czyli o wszystkim po trochu

Posted by Ysabell w dniu 4 Listopad 2011

Dużo się dzieje ciekawego, a nie o wszystkim dam radę stworzyć cały wpis, dlatego dzisiaj po łebkach o kilku rzeczach, które mnie ucieszyły, cieszą i/lub będą cieszyć. W skrócie: Teatr Telewizji (znowu o 20.20!), opery transmitowane z MET, zapowiedź koncertu, zapowiedź kiermaszu i słów kilka o płycie. Do wyboru, do koloru — wybierajcie, co Was interesuje.

Teatr TV

logo programuNie wiem, czy wszyscy już zauważyli, ze poniedziałkowy Teatr Telewizji na jedynce wrócił na porę „po dzienniku”, czyli w tym wypadku 20.20. Chwała niech będzie telewizyjnym ciałom decyzyjnym za tę decyzję. Zaczęli z grubej rury, bo teatrem na żywo (i zgarnęli bardzo przyzwoitą oglądalność), teraz pewnie będzie bardziej zwyczajnie, ale i tak niesamowicie się cieszę z tego, że nie trzeba już zarywać nocy, żeby chociaż doczekać początku spektaklu.

O wspomnianej wcześniej grubej rurze, czyli Boskiej! Petera Quiltera w reżyserii Andrzeja Domalika (spektakl z Teatru Polonia w Warszawie) pisało już mnóstwo ludzi, więc ja nie muszę. Ale trochę chcę, bo uczucia mam ambiwalentne. Sztuka sama w sobie jakoś mnie nie zachwyciła: mocno średnia farsa z wstawkami muzycznymi. Co do aktorstwa, to też nic specjalnego (wiem, że Janda wzbudziła duże emocje, ale mnie jakoś nie kupiła w tej roli), poza Maciejem Stuhrem, którego gra podobała mi się bardzo. Nie zwracałam na niego wcześniej (jako aktora) specjalnej uwagi, a w Boskiej! mnie zachwycił. Dodatkowy plus (i duże gratulacje) za „własnoręczne” granie na fortepianie. Podsumowując: obejrzałam całą Boską! z pewną przyjemnością, ale dzieło sztuki, to to nie było. A polscy aktorzy nadal nie umieją grać fars. Szkoda.

W ten poniedziałek było Nad złotym stawem Ernesta Thompsona w reżyserii Zbigniewa Zapasiewicza (telewizyjna wersja przedstawienia z Teatru Powszechnego w Warszawie). Tutaj podsumowanie jeszcze krótsze: wszystkim, którzy nie są fanami Zapasiewicza polecam raczej film. Chociaż może zrobię drugie podejście do tej (teatralno-telewizyjnej) wersji jak będę w lepszym nastroju.

Przyszłość natomiast zapowiada się ciekawie. W najbliższy poniedziałek (7.11)  Kontrym Marka Pruchniewskiego w reżyserii Marcina Fischer, interesujący i ze względu na obsadę, i na tematykę (wreszcie mi Mąż nie będzie na teatrze TV uciekał sprzed telewizora). Cztery kawałki tortu w kolejny poniedziałek (14.11) raczej mnie niepokoją, ale okiem pewnie rzucę. Za to już w kolejny poniedziałek (21.11) Śledztwo według Stanisława Lema w adaptacji i reżyserii Waldemara Krzystka (spektakl z 1997 roku) — nie widziałam jeszcze, a muszę koniecznie, bo i Lem, i dobra obsada. A kolejny tydzień później (chociaż tutaj już głowy nie dam, bo strona telewizji sugeruje, że może to być równie dobrze 26.12) Ich czworo Zapolskiej w reżyserii Tomasza Zygadły z 1977, które już widziałam i na pewno obejrzę ponownie, bo jest świetne (ci aktorzy!).

Przy okazji przypominam, że na Kulturze w tym miesiącu spektakle w reżyserii Gruzy (wtorki, 21:00) i przynajmniej na Nie do obrony Osborne’a (15.11) mam zamiar rzucić okiem. Ogólnie w Teatrze Telewizji dzieje się coraz lepiej i mam zamiar się tym napawać. A Wy? Oglądacie Teatr TV?

MET Live in HD

Mariusz Kwiecień w roli don GiovanniegoZaczął się już na dobre sezon w Metropolitan Opera, który my możemy podziwiać dzięki Filharmonii Łódzkiej (a Wy w innych miastach też często macie taką możliwość). Na Annę Bolenę Donizettiego nie udało mi się, niestety, dotrzeć z powodów zdrowotnych, ale moje źródła (patrz: Mąż) mówią, że było dobrze, zwłaszcza w pierwszym akcie.

Za to już Don Giovanniego Mozarta wysłuchałam z ogromną przyjemnością, zakochując się (wreszcie! reszta przecież już dawno zakochana…) w Mariuszu Kwietniu (baryton), który w tym spektaklu podbił moje serce i podobał mi się (głosowo! głosowo, mówię!) zdecydowanie najbardziej z całej obsady. Co, jak dla mnie, jest zaskakujące, bo najbardziej powinien mi się podobać bas i pewnie jeszcze co najmniej jeden bas baryton (jeśli nie obaj). Bo ja po prostu lubię niskie głosy. Bas (czyli Komandor, czyli Štefan Kocán) był zresztą świetny w swojej ostatniej arii, a Luca Pisaroni (bas baryton) jako Leporello równie świetny przez większość czasu (chociaż bardziej podobał mi się w drugim akcie). Ale to pan Kwiecień mnie oczarowywał za każdym razem jak zaczynał śpiewać (chociaż za dużo tego śpiewania, to on tam nie ma). Tenor (Ramón Vargas) podobno dobry, mnie się jakoś nie wrył w mózg, ale wszyscy pozostali zgodnie zaświadczali, że obronił dupowatego zazwyczaj don Ottavia.

Poza tym wystawienie naprawdę ładne. Duże brawa dla reżysera (Michael Grandage) za nieudziwnianie. Świetna miejska scenografia (trochę te kamieniczki były umowne, ale w całej swojej umowności z pewnością były kamieniczkami), bardzo dobre kostiumy (za scenografie i kostiumy odpowiadał Christopher Oram), bardzo ładne ustawienie niektórych scen. Kwiecień zagrał don Giovanniego dojrzalszego, niż zwykle don Juan bywa, dzięki czemu nadał mu (w moim odczuciu) lekkiego rysu Mefista. To już nie jest radosny dzieciak, który co i rusz zakochuje się w nowej panience, więc rzuca poprzednią, tylko dorosły mężczyzna, który z premedytacją wchodzi ludziom z butami w życia, żeby w nich możliwie namieszać. Bardzo mi się taka interpretacja podobała. W ogóle wszystko mi się podobało.

W tym sezonie przed nami jeszcze sporo ciekawych oper, jeszcze w tym roku czekam z dużą ciekawością na Fausta Gounoda (10.12) i z trochę mniejszą na Rodelindę Händla (3.12), Glass i Wagner podniecają mnie dużo mniej, ale jak ktoś lubi Wagnera, to te METowe wystawienia są naprawdę interesujące. W przyszłym roku poza jeszcze jednym Wagnerem czeka nas barokowa składanka Zaczarowana wyspa z Placido Domingo, Ernani i Traviata Verdiego i Manon Masseneta z Piotrem Beczałą (kolejnym polakiem w MET).

Naprawdę jest na co czekać, szczerze radzę rozejrzeć się, czy w Waszym mieście są gdzieś transmisje z Metropolitan Opera, bo to naprawdę kawał dobrej zabawy i świetny odpoczynek.

Jan Jakub Należyty

mnóstwo osób trafia na mojego bloga w poszukiwaniu jakichkolwiek wiadomości o Janie Jakubie Należytym (których w sieci musi być strasznie mało, skoro wyszukiwarki nadal kierują je do mnie). W związku z czym kolejny raz informuję, że pan Jan Jakub 13 listopada 2011 odwiedzi z recitalem Teatr Mały w Manufakturze w Łodzi. Więcej informacji tutaj, a ja nie muszę chyba pisać, ze polecam i że tam będę, bo i tak wszyscy wiedzą.

Kiermasz

Na poprzedni mi się nie udało dotrzeć i bardzo żałuję, ale tego już nie odpuszczę. Tym razem Kiermasz Kobiecy (już nr 3) odbędzie się 27 listopada w łódzkiej YMCA. Z ostatniego kiermaszu dostałam super podstawkę pod kubeczek z herbatą (dzięki), ale atrakcji było ponoć sporo więcej. Informacje póki co na stronie na facebooku, o tutaj. Wpadnijcie chociaż na chwilę, jeśli będziecie mieli czas i mieszkacie w okolicy.

Muzyka

Z okazji wpisu na moim blogu książkowym tłem muzycznym na dzisiaj będzie Formacja, znana wcześniej jako Gdańska Formacja Szantowa. W obu tych odsłonach grali świetną muzykę, którą szczerze polecam. Na początek Barowe opowieści, płyta jeszcze GFS, świetne połączenie klasycznych i mniej klasycznych szant i pieśni morza z zupełnie nowymi (acz nie mniej uroczymi) piosenkami panów Jurkiewicza i Jakubowskiego. To co najbardziej mi się u nich podoba, to fakt, że zamiast koncentrować się na morzu, Formacja śpiewa o ludziach, którzy są z tym morzem związani. Na tej płycie jeszcze nieśmiało, ale już wyraźnie:


sł. i muz. K. Jurkiewicz

Jeśli macie chwilę, wejdźcie Na YT i koniecznie posłuchajcie jeszcze Regulusa i Marynarza z Botany Bay. A jak już kupicie sobie płytę, zwróćcie uwagę na Fregatę z Pocket Lane i Cztery zegary. A, no i jeszcze koniecznie Irlandka:


sł. J. Zajączkowski, muz. tradycyjna

Renament to już płyta Formacji bezprzymiotnikowej. Jest rzeczywiście mniej „szantowa”, za to jakby bardziej „gdańska”. Tutaj mamy już do czynienia z piosenkami autorskimi, właśnie o ludziach związanych z morzem w ten czy inny sposób. Moja zdecydowanie ulubiona piosenka z tej płyty to Na strandzie Helu, ale o niej dość już chyba napisałam na książkowym. Tutaj wrzucę jeszcze dwie piosenki z tej płyty, które lubię najbardziej:


sł. i muz. K. Jurkiewicz


sł. i muz. K. Jurkiewicz

No i wychodzi na to, że lubię po prostu piosenki Jurkiewicza. Może i rzeczywiście, ale to dlatego, że dobre one są. A jak już kupicie sobie i tę płytę, to polecam jeszcze piosenki Kaper Paweł Beneke, Gdy fruniesz do Irlandii, Jeśli znowu wypłynę i całą resztę. Miłego słuchania.

PS. Serdecznie przepraszam za długość wpisu. Nie obiecuję poprawy.

Opublikowany w filharmonia, Muzyka, opera, rozrywka, takie sobie pisanie, teatr | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

Dwaj Andrzeje w Łodzi

Posted by Ysabell w dniu 25 Październik 2011

Byłam w zeszłą niedzielę na świetnym koncercie dwóch panów nieznanych szerszej publiczności (o czym świadczy chociażby frekwencja), a szkoda. W Teatrze Małym grali i śpiewali (kolejno, nie razem) dwaj Andrzeje: Brzeski i Garczarek. I chociaż nie przepadam za koncertami łączonymi, tym razem chwalę sobie fakt, że mogłam odnaleźć między artystami podobieństwa, których istnienia wcześniej się nie spodziewałam (co zresztą nie świadczy o mnie najlepiej). Choć, oczywiście, najważniejsza była możliwość posłuchania na żywo tych dwóch śpiewających poetów, czy, jak mawiają w niektórych kręgach, bardów. Czytaj resztę wpisu »

Opublikowany w Muzyka, rozrywka, z życia | Otagowane: , , , , , , | Komentarzy: 2 »

Dzień Kota

Posted by Ysabell w dniu 18 Luty 2011

Co prawda Dzień Kota był wczoraj, ale kiedy chciałam wczoraj wieczorem tę notkę napisać na kolana wgramoliła mi się nasza kocia i wymościwszy się przyjęła pozę całkowicie uniemożliwiającą pisanie (z tylnymi łapkami na moim udzie, przednimi opartymi o ugiętą rękę i łebkiem wtulonym w biust). I do tego kazała się głaskać, skubana. A o ile istnieje na świecie tego konkretnego dnia coś ważniejszego niż wspomnieć na blogu o Dniu Kota, to jest tym czymś Solidne wygłaskanie i wyprzytulanie swojego zwierzaka… Zamiast więc pisać wzięłam do jednej ręki książkę, a drugą głaskałam kota. A potem poszłyśmy spać. Nie ma to jak porządnie sobie poświętować.

Nasza kocia ma na imię Całka, waży dwa kilo i jest wielkości nieco wyrośniętego kociaka, mimo, że ma już około dwóch i pół roku. Przyjechała do nas 23 grudnia 2008 niemal równocześnie z całą masą paczek przewożonych z mieszkania moich rodziców, bo akurat kończyliśmy się przeprowadzać. Pudła stojące na środku pokoju od razu pokochała i zaczęła się po nich wspinać i wpychać do środka. W końcu zmęczona usnęła prawie na samym szczycie stosu. Miała wtedy koło czterech miesięcy i była słodkim i malutkim kociakiem. A najfajniejsze jest to, że od tego czasu praktycznie się nie zmieniła.

Następnego dnia brała udział w rodzinnej Wigilii (a że wieczerza odbywała się u nas w domu, paczki musiały do tego czasu zniknąć). Zupełnie nie przestraszyła się chmary obcych ludzi w swoim nowym domu i całą imprezę przesiedziała na kolejnych kolanach.

Żeby w końcu wylądować na moich. A wtedy kot był już zdecydowanie pewien, że jest w dobrym miejscu i o właściwym czasie. A wyglądało to tak:

I od tamtego czasu Całka zawładnęła całym domem. Podbiła serce całej bliższej i dalszej rodziny, nas dwoje terroryzuje i pokazuje nam regularnie kto tu rządzi. No ale jak tu nie ulec malutkiej szaroburej rozpaczliwie miauczącej kuleczce…

Uwielbia włazić do wszystkich pudełek, toreb i wszystkiego co małe, ciasne i można się tam wcisnąć (i zasnąć zazwyczaj). Swego czasu przyłapałam ją, tak:

W miseczce leżała co prawda jeszcze resztka ciastek, ale koci to nic a nic nie przeszkadzało.

Lubi włazić możliwie wysoko: zwiedziła wszystkie półki, których udało jej się dosięgnąć, regularnie włazi na telewizor. Zimą sypia na kuchennym krześle tuż przy kaloryferze. Najlepiej kiedy może się do niego przytulić brzuszkiem. Kiedy chce pobyć ze swoimi ludźmi, a oni akurat zajmują się (zupełnie bez sensu zdaniem kota) siedzeniem przy komputerze Całka kładzie się spać na którymś z monitorów (tych płaskich, a nie tych starych). Wtedy muszę co jakiś czas odgarniać z monitora ogon albo łapę…

Ale, co tu kryć jesteśmy z naszą kotą bardzo szczęśliwi.

Opublikowany w takie sobie pisanie | Otagowane: | Komentarzy: 2 »

O świętach na smutno

Posted by Ysabell w dniu 16 Grudzień 2010

Jak pisałam już na swoim blogu książkowym, zapisałam się do wyzwania Znalezione pod choinką. Tam dla odmiany pisałam, że następny po powitalnym wpis będzie dotyczył tych smutnych piosenek świątecznych. To właśnie ten.

Jakoś tak jest, że poza radosnymi (zazwyczaj angielskimi) piosenkami świątecznymi, równie radosnymi (tym razem polskimi) pastorałkami i lirycznymi kolędami (też głównie polskimi), okres przedświąteczny nieodmiennie kojarzy mi się z kilkoma piosenkami, których nie da się zakwalifikować do żadnej z powyższych kategorii. Są one na ogół dość ponure, albo przynajmniej niewesołe, ale złośliwie chodzą za mną w ten radosny poniekąd czas, złośliwie nucą się (same!) zamiast czegoś weselszego. I dobrze, bo bardzo je cenię. Pomagają mi nie zwariować, nie popaść w świąteczny szał napędzany przez telewizję i centra handlowe, a czasem nawet chwilę pomyśleć.

Czytaj resztę wpisu »

Opublikowany w Muzyka | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , | Zostaw Komentarz »

Bisy (Międzynarodowy Dzień Teatru 2010 raz jeszcze)

Posted by Ysabell w dniu 1 Kwiecień 2010

Notka o teatrze na blogu książkowym napisana (dodać tutaj należy, że to bardzo „życzeniowa” notka, bez specjalnej nadziei na spełnienie tych życzeń) i już miałam się zabierać za pisanie obiecanej recenzji Dysku Pratchetta, ale w sumie mam jeszcze jedną króciutką wyliczankę, którą warto uczcić tegoroczny Międzynarodowy Dzień Teatru. Uczcić nieco po czasie, ale skoro można celebrować Dzień Teatru przez poprzedzając go miesiąc, to dlaczego niby nie możnaby poświętować jeszcze tydzień dłużej?

A dzisiaj na tapecie pięć filmów (dwa oczywiste, bo wynikające z notek poprzednich, trzy może trochę mniej oczywiste) na podstawie dramatów, które chciałabym obejrzeć/przypomnieć sobie:

1. Detektyw/Sleuth (reż. Joseph L. Mankiewicz)

Przy okazji pisania o spektaklach, które chciałabym zobaczyć ponownie obejrzałam sobie trailer starego dobrego Detektywa. Obejrzałam też trailer nowego Detektywa przetłumaczonego na polski jako Pojedynek, ale nie poczułam się zainteresowana: za dużo technologii i dynamicznych ujęć, za mało gry aktorskiej. A drzewiej, kiedy zamiast Michaela Caine’a występował Laurence Olivier, a zamiast Jude’a Lawa — Michael Cane gry w filmie tym była głównie gra aktorska. I to gra na naprawdę wysokim poziomie.

Przypomniałam to sobie patrząc na trailer właśnie. Zainteresowanych odsyłam do poprzedniego wpisu. A swoją drogą, biorąc pod uwagę, że biorą się za tę sztukę aktorzy szekspirowscy tej klasy co Olivier (jako aktor) i Branagh (jako reżyser), to musi ona mieć spory potencjał aktorski również według profesjonalistów…

Detektyw/Sleuth
1972
reż. Joseph L. Mankiewicz
na podstawie sztuki Anthony’ego Shaffera
scenariusz napisał Anthony Shaffer
występują Laurence Olivier i Michael Caine

2. Rosenkrantz i Guildenstern nie żyją/Rosencrantz & Guildenstern Are Dead (reż. Tom Stoppard)

O tym filmie napisałam trochę przy okazji wychwalania Toma Stopparda na blogu książkowym, więc znów nie jest to raczej zaskoczenie. Przypomniałam sobie przy okazji jaki to dobry film. No i odkryłam coś, czego nie zauważyłam wcześniej (no w sumie trudno by było), a co może być zachętą do obejrzenia Rosenkrantza i Guildensterna dla osób, które wolą seriale niż filmy: patrzyłam sobie na aktora grającego Guildensterna i coś mi się majaczyło w mózgu, ale bardzo niewyraźnie. Skąd ja go znam…? No to już wiem: Tim Roth gra doktora Cala Lightmana w serialu Lie to me, który z dużą przyjemnością podglądam sobie od jakiegoś czasu. Wszystkim miłośnikom (i, może przede wszystkim, miłośniczkom) doktora Lightmana szczerze polecam obejrzenie Tima Rotha o dwadzieścia lat młodszego. Gary’ego Oldmana raczej przedstawiać nie trzeba, choć to jedna z jego wcześniejszych ról. Obaj panowie grają bardzo pięknie.

Ponieważ ponoć nie istnieje oficjalny trailer filmu, to znalazłam „trailer” amatorski, ale bardzo dobry:

Rosenkrantz i Guildenstern nie żyją/Rosencrantz & Guildenstern Are Dead
1990
reż. Tom Stoppard
na podstawie sztuki Toma Stopparda
scenariusz napisał Tom Stopprd
występują: Gary Oldman, Tm Roth, Richard Dreyfuss, Joanna Roth, Iain Glen, Joanna Miles, Donald Sumpter

3. Czego nie widać/Noises Off (reż. Peter Bogdanovich)

Tak naprawdę nie pamiętam czy widziałam ten film, czy nie. Byłam na dwóch przedstawieniach Czego nie widać i dość dobrze pamiętam o co chodziło (choć, oczywiście, tylko z grubasza, bo, jak na farsę przystało, całość jest nie do opowiedzenia), ale właśnie dlatego, że nie wiem czy go widziałam (chyba nie…) muszę koniecznie to zrobić.

Czego nie widać rozgrywa się za kulisami i na scenie teatru. Całość zaczyna się od próby generalnej brodwayowskiego przedstawienia, które stara się wystawić prowincjonalny teatr. Oczywiście nic nie idzie tak, jak iść powinno. I tutaj jedna uwaga: wspominałam już wcześniej, że to farsa i warto o tym pamiętać. Zdecydowanie farsa i to tego typu, w którym są liczne problemy z licznymi drzwiami, a spora część dowcipów dotyczy zdekompletowanej garderoby. Nie ma nawet cienia porównania (jeśli chodzi o „ciężar gatunkowy”) do dwóch poprzednich.

Na dowód — trailer:

Czego nie widać/Noises Off
1992
reż. Peter Bogdanovich
na podstawie sztuki Michaela Frayna
scenariusz napisał Denholm Elliot
występują: Carol Burnett, Michael Caine, John Ritter, Christopher Reeve, Nicollette Sheridan, Marilu Henner, Denholm Elliott, Julie Hagerty, Mark Linn-Baker

4. Arszenik i stare koronki/Arsenic and Old lace (reż. Frank Capra)

Zdecydowanie najstarszy ze wszystkich proponowanych, Arszenik i stare koronki, nakręcony został w roku 1941, premiera 1944. Ale śmieszy do tej pory tak samo. To jeden z nielicznych filmów, które musiałam wyłączać, żeby się wyśmiać i móc usłyszeć, co zostało powiedziane dalej. Do tej pory w rodzinie używane jest stwierdzenie „Nie jestem taksówkarzem, jestem imbrykiem!”, a ja i tak za każdym razem kiedy widzę tę scenę leżę na podłodze ze śmiechu.

Zaczyna się jak „zwykła” komeda romantyczna: oto zatwardziały kawaler (Mortimer) zakochuje się i postanawia się pobrać z dziewczyną z sąsiedztwa. Wcześniej jednak chce o tym powiadomić dwie ciotki mieszkające w starym rodzinnym domu razem ze zdziwaczałym kuzynem, który wierzy, że jest Teodorem Roosveltem. Mortimer znajduje w starej skrzyni zwłoki i, wierząc, że zabójcą jest Teddy, chce zamknąć go wariatkowie. Ale okazuje się… No dobrze, nie będę spoilerować, chociaż to tylko początek filmu. Dalej pojawi się jeszcze psychopatyczny braciszek Mortimera, Jonathan ze swoim własnym chirurgiem plastycznym, któremu już kończą się pomysły na zmienianie wyglądu zleceniodawcy, więc czerpie natchnienie ze sztuki. Wiecie jaki film ostatnio oglądał? Frankensteina

Bardzo gorąco polecam, a na rozgrzewkę trailer:

Arszenik i stare koronki/Arsenic and Old lace
1944
reż. Frank Capra
na podstawie sztuki Josepha Kesselringa
scenariusz napisał Julius J. Epstein
występują: Cary Grant, Josephine Hull, Jean Adair, Raymond Massey, Peter Lorre, Priscilla Lane, John Alexander

5. Żołnierz królowej Madagaskaru (reż. Jerzy Zarzycki)

Na koniec polski akcent. Jedna z moich ulubionych komedii i chyba ulubiona polska komedia muzyczna: Żołnierz królowej Madagaskaru. Wersja filmowa mocno odbiega od tekstu sztuki, który sam w sobie jest tuwimowską przeróbką starszej farsy. Tuwima z kolei przerobił Zarzycki wespół w zespół z Przyborą (dialogi), więc efekt wyszedł niesamowity. Tak jak poprzednio, część tekstów weszła w naszej rodzinie do codziennego użytku, mówi się: „Bój się Boga, Mazurkiewicz!” „Kaziu, nie męcz ojca”, „A dlaczego te panie takie łaaa?”, „Cicho bądź Kotuchna, jak myszuchna”, „Ale skąd ta małpa?”, „A… Mój ananas” i jeszcze wiele innych rzeczy, których nie zrozumie nikt, kto filmu nie widział.

Fabuła? Mecenas Saturnin Mazurkiewicz z Radomia (wdowiec z synm Kazimierzem) przyjeżdża do Warszawy celem ponownego ożenku. Jego wybranka — Sabina — kocha się w swoim kuzynie Władziu, ten kocha się w artystce kabaretowej Kamilli, a ona romansuje ze stryjem Władzia, też zresztą Władysławem. Wystarczy na początek? To jeszcze dodajmy do tego fakt, że Kazio Mazurkiewicz nałogowo „wybucha” pożary wszędzie gdzie jest.

No i poczet świetnych aktorów: Fijewski, dwie Kwiatkowskie (Irena i Barbara), Gogolewski, Szczepkowski, Stępowski… zagrane jest więc to wszystko prześlicznie. Zagrane i zaśpiewane, bo jak już wspominałam, komedia jest muzyczna. A dużą rolę odgrywa w niej, oczywiście (ze względu na kabarety), kankan:

Żołnierz królowej Madagaskaru
1958
reż. Jerzy Zarzycki
według farsy Stanisława Dobrzańskiego
w przeróbce wodewilowej Juliana Tuwima
scenariusz napisali Jerzy Zarzycki i Jeremi Przybora
występują: Anna Łubieńska, Tadeusz Fijewski, Barbara Kwiatkowska, Ignacy Gogolewski, Irena Kwiatkowska, Halina Drohocka, Andrzej Szczepkowski, Jarema Stępowski

Opublikowany w film, teatr | Otagowane: , , , , , , , , , | 1 komentarz »

Międzynarodowy Dzień Teatru 2010

Posted by Ysabell w dniu 29 Marzec 2010

W sobotę mieliśmy Międzynrodowy Dzień Teatru, święto młode (obchodzone od 1962), ale jakże przyjemne! Miło jest móc obejrzeć od środka teatr (w tym roku zrobił nam taki prezent łódzki Teatr Wielki), obejrzeć jakąś sztukę (na żywo albo chociaż na video), albo przynajmniej zaszyć się gdzieś z dramatem pod pachą i świątecznie przeczytać sobie coś miłego.

W tym roku w ramach MDT poszliśmy na transmisję HD z Met. Wiem, wiem, że to opery. Ale po pierwsze — opera też teatr, a po drugie — w sobotę tą operą był akurat Hamlet z muzyką Ambrożego Thomasa. A co jak co, ale Hamlet nadaje się na każdy Dzień Teatru, nawet Hamlet śpiewany i nawet na Dzień Międzynarodowy…

Nie mam dziś zamiaru pisać recenzji z opery, a raczej uczcićtegoroczny Dzień Teatru w inny sposób, więc o samym Hamlecie tylko kilka słów. Bardzo był przyjemny muzycznie, jednak co XIX wiek, to XIX wiek. Świetnie zagrany i zaśpiewany — doskonali Gertruda (Jennifer Larmore, mezzosopran) i Klaudiusz (mój ukochany bas James Morris), naprawdę bardzo dobry Hamlet (Simon Keenlyside, baryton), do tego naprawdę niezła Ofelia (Marlis Petersen, sopran, która o swoim zastępstwie za Natalie Dessay dowiedziała się ledwie kilka dni wcześniej) i zabawni grabarze. To wszystko właściwie wystarczyłoby na bardzo dobrą operę, gdyby reżyserowie i scenograf (no i, trochę mniej, kostiumolog) nie zmówili się przeciwko wystawieniu. W zasadzie pewnie pełna wina powinna spaść na reżyserów (Michel Carre i Jules Barbier) za koncepcję. Owszem, nie znoszę teatru współczesnego, ale jak się już tak bardzo chce robić teatr współczesny, to można chociaż zrezygnować z hektolitrów sztucznej krwi i bukietów w wazonach zamiast łąki — jak już umownie, to umownie. A ten, kto wymyślił (jako kostium króla!) frak na puklerz, powinien się smażyć w piekle. Poza tym, jak się ma obsesję na punkcie krwi, to może się wziąć do reżyserii Makbeta, a nie Hamleta akurat?

No, ponarzekałam sobie trochę, ale bardzo mi przykro, że tę naprawdę dobrą operę ze świetną grą aktorską, naprawdę dobrym śpiewem i moim ukochanym basem tak strasznie spaprali, że najlepiej się ją „oglądało” z zamkniętymi oczami…

Ale napisałam już sporo o tym, czego pisać nie chciałam, to może chociaż trochę o tym, co bym chciała napisać. W ramach Międzynarodowego Dnia Teatru pięć sztuk, które mam ochotę obejrzeć jeszcze raz, bo albo oglądałam bardzo dawno, albo się za nimi po prostu stęskniłam. I nie będę szła na łatwiznę wybierając Zemstę Fredry, Ich Czworo Zapolskiej czy Wiśniowy Sad Czechowa, które przychodziły mi do głowy w pierwszym momencie. Nie — pogrzebałam głębiej i wymyśliłam pięć sztuk nieco mniej popularnych.

Czytaj resztę wpisu »

Opublikowany w filharmonia, Muzyka, rozrywka, teatr | Otagowane: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz »

Spóźnione ale świąteczne

Posted by Ysabell w dniu 23 Marzec 2010

21 marca był wczoraj, ale wczoraj mieliśmy gości i nie było czasu na płodzenie notek blogowych. A tak się akurat złożyło, że 21 marca przypadają dwa święta, które bardzo pragnę w tym roku uczcić: pierwszy dzień wiosny (o czym wszyscy wiedzą) i Światowy Dzień Poezji (o czym wie zdecydowanie mniej wszystkich).

Czczenie tego pierwszego po długiej i silnej zimie jest całkiem naturalne. Mam już całkowicie dość zimy, śniegu i mrozów. Mogę się zgodzić na wiosnę deszcz i błoto, byleby w perspektywie pojawiło się wreszcie słońce. Tak bardzo mnie już męczą długie (chociaż coraz krótsze, na szczęście) wieczory. Brak światła mnie przygniata i przez większość zimy chodzę rozstrojona. Więc pierwszy dzień wiosny to powód do świętowania, nawet jeżeli na razie to tylko wiosna kalendarzowa.

A Światowy Dzień Poezji? Uwielbiam wiersze i uważam, że życie bez poezji byłoby niewypowiedzianie bardziej ponure. Już nawet nie mówię o samych wierszach. Ale bo przecież, gdyby nie było wierszy nie byłoby (tych dobrych) piosenek. Nie mam zresztą na myśli tylko tego nienajlepiej zdefiniowanego zjawiska zwanego „poezją śpiewaną”, ale przede wszystkim starą dobrą (!) muzykę rozrywkową. Taki Julian Tuwim, Jeremi Przybora, Jonasz Kofta, Agnieszka Osiecka i wielu, wielu innych tekściarzy, to poeci pierwszej wody. A poezja to przecież nie tylko natchnione poematy, ale i śliczne zabawne i urocze wierszyki-perełki, a z nich stworzone pioseneczki-perełki.

A jak by wyglądało życie bez wierszy i piosenek? Na pewno dużo mniej wiosennie… Czytaj resztę wpisu »

Opublikowany w Muzyka, takie sobie pisanie | Otagowane: , , , , , , , , , , , , | Komentarzy: 3 »

Waligórski na dzień kobiet

Posted by Ysabell w dniu 10 Marzec 2010

Jak powszechnie wiadomo, ósmego marca przypada dzień kobiet. Dzień a to kojarzony z socjalistycznym goździkiem dla przodownicy pracy, a to nieobchodzony ze względu na wybitnie szowinistyczny charakter (zapytałam jednej takiej, dlaczego szowinistyczny — powiedziała, że dlatego, że mężczyźni sądzą, że jeśli dadzą kobietom ten jeden dzień, to cała reszta roku będzie ich… ale nie zgodziła się z moim projektem, żeby odwetowo obchodzić uroczyście dzień mężczyzn), a to jeszcze jakoś inaczej wyrzucany ze świadomości ogółu.

W tym roku ósmego marca, zupełnie nie zależnie od święta, mogliśmy pójść albo do Dominikanów na koncert z cyklu „Gdy muzyka było młodsza” (Purcell w wykonaniu Musica Florea), albo do Teatru Małego w Manufakturze na koncert Olka Grotowskiego i Małgorzaty Zwierzchowskiej, śpiewających (głównie) piosenki Andrzeja Waligórskiego. Zarządziwszy, że w dzień kobiet to kobiety decydują, obie z Matką wybrałyśmy rozrywkę bardziej przyziemną niż Purcell po czesku (Musica Florea za swojej ostatniej bytności w Łodzi mi się podobała, ale Purcell przegrał sromotnie z Waligórskim). Ja jestem z wyboru bardzo zadowolona i będę z radością wspominać ten „prezent” na dzień kobiet. Czytaj resztę wpisu »

Opublikowany w Muzyka, rozrywka | Otagowane: , , , , , | Komentarzy: 5 »

Słuchanie na ekranie

Posted by Ysabell w dniu 17 Luty 2010

W zasadzie nie na ekranie tylko na monitorze i oczywiście słucha się raczej z głośników niż z monitora (no, chyba, że się ma wbudowane w monitor właśnie) ale nie mogłam sobie podarować rymu. A chcę napisać o tym, co ciekawego w kwestii muzyki może nam zaproponować Internet.

Ja sama w zasadzie korzystam z tych możliwości stosunkowo rzadko, bo wolę słuchać po raz n-ty tego, co mam u siebie na dysku i na kompaktach, ale zdarza mi się czasami taki moment, kiedy potrzebuję włączyć sobie jakąś miłą muzyczkę w tle, a akurat nie mam ochoty słuchać koncertu obojowego Mozarta. Ani nawet koncertu fagotowego tegoż. Wtedy właśnie z pomocą przychodzą mi zdobycze techniki, w postaci komputera ze średnioszybkim połączeniem z Internetem.

Kiedy mam już pod ręką Internet, a w sobie palącą potrzebę posłuchania muzyki, występuje jedna z dwóch sytuacji: albo wiem czego mam ochotę posłuchać, albo nie. Na początek załóżmy optymistycznie wersję pierwszą.

Czytaj resztę wpisu »

Opublikowany w internet, Muzyka | Komentarzy: 2 »

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.